Zawiedzeni? Rozczarowani? O "Belfra" pytam zakończenie oczywiście. Wczytuję się w komentarze na różnych forach i zdania są trochę podzielone, chociaż ze zdecydowaną przewagą pochwał nad marudzeniem. A przecież Wiecie, że lubimy marudzić. Tym większa radość moja z tego, że generalnie można odtrąbić sukces. A drugi raz - chociaż już bez tej całej tajemnicy - będzie kiedy serial zadebiutuje w otwartej telewizji. Konkretnie w TVN. Ale to jeszcze nie teraz.

Ale niezależnie od ocen, niewątpliwą zaletą i powodem do dumy dla twórców i Canal+, największą zaletą "Belfra" największą jest to, że znowu, po wielu wielu latach przerwy, wśród ludzi na ulicach i w pracy w rozmowach pojawił się temat: "kto zabił Asię Walewską?". Już dawno polski serial nie był tematem rodzinnych, koleżeńskich i medialnych rozmów i zastanawiań się. Mam nadzieję, że to nie jest raz ostatni.  

 

Co ja myślę o serialu "Belfer"?

Pozostaję w zadowoleniu. Oczywiście dostrzegając, że mogło być jeszcze lepiej, że niepotrzebnie rozciągano kilka odcinków tylko po to, żeby doprowadzić do pełnej dychy. Wiem, to znaczy, jestem przekonany o tym, że kilka pomysłów i scen nie powinno się w tym serialu zdarzyć, bo niebezpiecznie do banału i śmieszności się scenami tymi zbliżał. Jak ta sprawa z wypadem pana Belfra do Kaliningradu. Ale nie tylko to. 

Z satysfakcją zauważam, że kilka innych scen i wątków, za które twórców krytykowałem i na które marudziłem, bo sensu w nich widziałem niewiele, okazały się być logiczne i mieć swoje wyjaśnienie, a uwagę moją rozpraszały skutecznie itd. Ot, choćby to, że z perspektywy zakończenia, w ogóle bez sensu były te wszystkie rozmowy z mamą i ojcem/ojczymem zmarłej Joanny. Wniosły coś? Nic. Chociaż przyznam, że po pierwszym odcinku wytykałem twórcom lekkie naciąganie i brak logiki, po tym jak grany przez Gonerę ojciec Asi Walewskiej zaprosił Belfra na konselację. Dlaczego akurat jego? Belfer wszak powiedział tylko, że mu przykro, i że gdyby Asia żyła, to właśnie by ją zaczął uczyć. To wystarczyło, żeby cała masa osób, z którymi rodzice i sama Asia znali się jak łyse konie zostały bez popogrzebowego posiłku, a do wąskiego grona kilkorga osób ojciec zaprosił akurat naszego Belfra? Myślałem, że po prostu scenarzyści, albo reżyser ułatwili sobie robotę. Ale w jednym z kolejnych odcinków dowiadujemy się, że to był jego, pana Gonery gest, bo... on wiedział, że Belfer jest Asi biologicznym ojcem. Dobrze to o twórcach świadczy, że nawet takie szczegóły mają w ich serialu sens.

Muszę jeszcze o jednej sprawie. Zwróćcie uwagę ileż tu było świetnych ról. Małych i bardzo małych, ale znakomicie dobranych przez reżysera i producenta. Jestem pod wrażeniem. Wspomniany już pan Robert Gonera i Aleksandra Popławska, fenomenalni, znakomity Joachim Lamża, zjawiskowy Cezary Łukaszewicz jako tajemniczy, cichy, niemal jak cień Sebastian Molenda, dyskretna Magdalena Cielecka i Piotr Głowacki jako aspirant. Zresztą prawie o każdym można powiedzieć dużo dobrego. Najważniejsze, że oni - z wyjątkiem pana Pieczyńskiego - nie grali, a byli. Wielkie słowa uznania.

W drugim sezonie widzimy się zatem we Wrocławiu. 

PS. Wydaje mi się, czy Canal+ ma jednak lepszą rękę do rodzimych produkcji niż konkurencyjne HBO? Co prawda "Wataha" i "Pakt" wzbudzały zainteresowanie - również moje - ale nie przypominam sobie, żeby powodowały masowe stawianie pytania "kto zabił". O tym więcej dyskutowano ostatnio przy okazji "Belfra", a wcześniej serialu "Krew z krwi".