Piąty, finałowy odcinek miniserialu HBO „Czarnobyl” już w poniedziałek na platformie HBO Go i we wtorek w telewizji. Jeśli jeszcze nie znacie tego serialu, to macie weekend żeby stratę nadrobić. Bo minęło zaledwie pięć miesięcy, a wydaje mi się, że znam już zwycięzcę podsumowań 2019 roku w tej kategorii. To genialna produkcja. Tak po prostu. A dla nas może być szczególna

 

Już w pierwszych słowach nie zostawiłem złudzeń co do mojej oceny „Czarnobyla”. Nie zamierzam ukrywać swojego zachwytu, ale spróbuję wyjaśnić jego powody i to, w czym znajduję wyjątkowość tego serialu i dlaczego warto go obejrzeć. 
Na początek jednak kilka słów o czym ów traktuje. Scenariusz oparty jest na faktach i z dużą precyzją opowiada historię katastrofy jaka wydarzyła się w 1986 roku w elektrowni jądrowej w Czarnobylu. To była straszna tragedia, i gdyby nie kilka bohaterowie serialu mogłaby poważnie ucierpieć spora część Europy. A nas mogłoby praktycznie nie być.

Na szczęście jednak w Polsce skończyło się na strachu. Ten strach był wielki, ale o tym, że w ogóle należy się bać dowiedzieliśmy się z kilkudniowym opóźnieniem. Poza tym był on tłumiony uspokajającą narracją ówczesnej władzy i mediów. I tak naprawdę do dziś nie mamy świadomości jak blisko byliśmy poważnych konsekwencji. 
Tu pozwolę sobie na osobiste wspomnienie. Otóż tak się złożyło, że w 1986 moja mama mieszkała w Anglii. Kontakt z nią był oczywiście utrudniony, ale jednak jakoś sobie radziliśmy. Pewnego dnia, kiedy my tutaj już wiedzieliśmy, że trzeba łyknąć płynu lugola (nigdy nie wypiłem), ale tylko tak na wszelki wypadek, bo nie ma realnego zagrożenia, mamie udało się dodzwonić do naszych sąsiadów. I od niej dowiedziałem się – a wcześniej ona z angielskiej telewizji – że u nas istny armagedon, śmierć, trupy na ulicach, ogólne zniszczenie, i że niemal wszyscy świecimy. Był to obraz dwóch światów. Na tzw. Zachodzie panika, przekonanie o rychłej ekologicznej katastrofie. A na Wschodzie, czyli m.in. w Polsce umiarkowany spokój za sprawą władzy i mediów, które uspokajały nas, i nie wspominały o żadnym wybuchu. Przez długi czas dla nas była to awaria. Zresztą jestem przekonany, że dzisiaj też jest to przekonanie powszechne. Nadal nie zdajemy sobie sprawy z ówczesnej powagi sytuacji.

Wróćmy do serialu. Poznajemy w nim przyczyny „awarii”, i śledzimy wszystkie późniejsze działania od serii błędów tuż po zdarzeniu, przez akcję ratunkową, próby gaszenia i ograniczenia promieniowania. Aż po... Tego dowiemy się już w odcinku finałowym. 
Scenarzyści nie każą nam wysłuchiwać skomplikowanych naukowych wykładów i dyskusji, ale dbają jednocześnie o to, żebyśmy cały czas byli świadomi tego co się dzieje i co może się jeszcze stać gorszego. Tłumaczą to wszystko w prostych harcerskich słowach, a tam gdzie się to przydaje, używają zrozumiałych przykładów i porównań. 

Tak naprawdę jest to jednak opowieść nie o jednej, a o dwóch katastrofach. Pierwsza oczywista, czyli wybuch reaktora i wszystkie tego konsekwencje. A druga? Druga zaczęła se na długo przed „awarią”. To chore, niedopasowane do realiów procedury, skostniałe, niezdolne do sprawnego działania struktury i ignorancja stawiająca ewentualny gniew partyjnych bonzów nad zdrowy rozsądek. I tak na dobrą sprawę to ta katastrofa jest treścią serialu. Sam wybuch i działania ratunkowe są tłem dla tej właśnie opowieści o chorym systemie. 

W odróżnieniu od wysokobudżetowych filmów katastroficznych, nie ma tu postaci na podobieństwo dzielnego Nicholasa Cage'a, który nadludzkim wysiłkiem, z ojczyzną na ustach i sztandarem w dłoniach ratuje kolejne ofiary tracąc przy okazji równie dzielnych jak on członków ratunkowego oddziału. 
W „Czarnobylu” są wyraziste postaci i padają ważne słowa o zwycięstwie ducha nad materią. Ale największymi bohaterami są zwyczajni ludzie postawieni w niezwyczajnych okolicznościach, a najważniejsze, najdonioślejsze słowa wypowiadane są bez patosu, normalnie, niemal mimochodem. Uczciwie. 
Całe bohaterstwo jest gdzieś pod spodem, ci najdzielniejsi pojawiają się na ekranie, i znikają po zrobieniu swojej roboty. Zapadają w pamięć, ale są w tle. 
Grozy nie budzą wybuchy, napięcie nie jest zawieszone na kawałku obsuwającego się powoli betonu, czy seriach wypluwanych przekleństw. Jest straszna cisza, przerażający spokój i świadomość, że to się działo naprawdę.
No pewnie, że są tu skróty, że udramatyzowano część wydarzeń i dodano kilka scen, które nie miały miejsca. Ale to nic złego. 
Do tego wyborne aktorstwo, genialna scenografia z kostiumami i charakteryzacją przenoszące nas w radzieckie lata 80. minionego wieku. 
To po prostu trzeba zobaczyć

 

Codziennie zapraszam do PolecajTV #wTelewizjiPL  

A na koniec jeszcze materiał, recenzja z zaprzyjaźnionego serialowego kanału "JakbyNiePaczec"