Czekałem na Detektywa w HBO, bo jak spora część świata dałem się nabrać na tworzoną i wzmacnianą legendę. I co? Detektyw to niestety po prostu pretensjonalny kryminał moralnego niepokoju. Gdyby nie to, że występują w serialu Vince Vaughn i Kelly Reilly, to po dwóch odcinkach dałbym sobie spokój z dalszym ciągiem.

Tym serialem amerykanie robią sobie dobrze, że są tacy niekomercyjni i otwarci na artystyczny eksperyment. W związku z tym zebrali do kupy wszystkie zgrane już tricki, ściemnili światła i poooooszło!

Zamiast oglądania kolejnych odcinków, kupiłbym sobie, albo zmajstrował soundtrack i miałbym wszystko, co jest coś warte. Bo jest to strasznie pretensjonalne dzieło. Oczywiście wszystko musi być powłóczyste, każde ujęcie musi sugerować, że kryje się za nim więcej treści niż kryje się rzeczywiście, każda scena musi sprawiać wrażenie, jakby była niezwykle ważna, bo na pewno kiedyś do niej wrócimy, i to ona okaże się tą kluczową, tą do której scenarzysta z reżyserem wrócą w ostatnich ujęciach ostatniego odcinka, z tekstem głównego bohatera: „pamiętasz, to już wtedy wiedziałem o co chodzi”. Ale to tylko takie wrażenie ma być, bo i tak w ostatniej chwili zasypią Was jakimiś szczegółami, które ustawią finał. 

W dążeniu do udawania prawdziwego życia oczywiście policjanci mają przetłuszczone włosy, są niedogoleni i z lekka zalatują tanią whisky, a biura są oczywiście brudne i nieświeże. Za to rozmawiają ze sobą równoważnikami zdań, ale nie dlatego, że są nieoczytanymi dupkami, którzy nie potrafią sklecić zdania. Każdy z tych równoważników jest po prostu niemal sentencją. Nie chcę spoilerować, więc nie będę teraz opisywał poszczególnych scen, ale tego się na dłuższą metę nie da oglądać. 

Są oczywiście dziwacy, policjant ma problem z alkoholem i rodziną, a nade wszystko, większość kwestii - tych równoważników zdań, o których wspomniałem - wypowiadana jest znaczącym szeptem, i koniecznie na artystycznym przydechu.

Nic tu nie jest ani naturalne, ani normalne. A przez to nagromadzenie „środków wyrazu” rzecz staje się po prostu nudna. Zwłaszcza, że wszystko już było. Włącznie z przerażająco oklepanymi scenami bohatera wpatrującego się w lustrzane odbicie, żebyśmy mieli pewność, że w jego głowie coś tam siedzi, że toczy ze sobą wewnętrzną walkę. Albo wyjętą żywcem z "moralnego niepokoju" scenę, kiedy atrakcyjna pani bierze się do fellatio, a kamera zbliża nam powoli twarz pana, a potem skupia się na oczach i jego wewnętrznym cierpieniu. Zaśmierdziało Zanussim, aż przeszedł dreszcz.

Amerykanie potrafią kręcić znakomite seriale, filmy, i pisać świetne powieści. Mają nawet najlepszych naukowców, których codzienne publikacje potrafią wmówić wszystko, i wszystkiemu zaprzeczyć. Ale ciągle tak łatwo jest ich nabierać, że coś jest lepsze niż jest, dając im odrobinę zgranych w kinie sztuczek ze światłem, tempem itp. Szkoda czasu na Detektywa. Poza krótkimi fragmentami czegoś w rodzaju teledysków. Bo wybór piosenek i wpasowanie ich w film jest zaiste mistrzowski. 

Nawet teraz w telewizyjnych ramówkach znajdziecie kilka lepszych, albo nawet dużo lepszych kryminałów, ze społecznym przekazem i lekko artystycznymi pretensjami. Macie „Ripper Street”, macie „Stróża prawa”, i inne.

Jestem pewien, że gdyby ten pełen banału, artystycznej egzaltacji i samouwielbienia serial trafił się polskim twórcom, to wszystkie te śmiechu warte ujęcia samotnych świateł na autostradzie itd. trafiłyby na ścianę wstydu. Ale to jest przecież amerykańskie, nie? Przecież to jest HBO, nie? Tylko muzyka ratuje ten pseudoartystyczno kryminalny bełkot moralnego niepokoju. Przynajmniej na razie, po odcinkach dwóch. 

Żałość :(