Trzeci sezon odcinkowego hiszpańskiego filmu o grupie wyjątkowych dziwaków w genialny sposób obrabiających państwową mennicę zatyka w dech piersiach. Fakt ten jest szczególnie wart podkreślenia, bo zamknięcie sezonu drugiego kończyło sprawę, więc fani nie bardzo wiedzieli o czym miałby być ciąg dalszy. Ja również. Moje obawy wzmacniał trailer trójki, po którym spodziewałam się popłuczyn, wyciskania kasy i tanich łez z widzów, którzy z ulubionymi bohaterami pożegnać się nie potrafią.

Nic takiego jednak się nie stało. Chociaż przyznam, że pierwszy odcinek sezonu wzmagał czujność, bo kiedy słodycz zalała ekran miłością „na bogato” kwitnącą na jednej z rajskich plaż, złe przeczucia wydawały się niebezpiecznie potwierdzać. Pamiętajmy jednak, że to serial o oszustach, którzy jak widać potrafili oszukać nawet swoją fankę. Świetne uczucie!

 

Zapraszam do śledzenia codziennych rekomendacji telewizyjnych w CODZIENNYM POLECAJU TV #wTelewizjiPL

W najnowszej odsłonie „La casa de papel” spotykamy wszystkich bohaterów, którzy przeżyli odsłony poprzednie: znów cała zadyma zaczyna się od Tokio i to ona jest narratorką opowieści. Pary, które zawiązały bliższe relacje - przynajmniej do pewnego momentu - przetrwały i nic na ten temat więcej nie napiszę, bo musiałabym ostro spoilerować.

I oczywiście za rogiem szczęśliwego życia czai się nowy, genialny plan, który grupa postanawia zrealizować… Przystępują do tego w tak zawrotnym tempie, że już od drugiego odcinka widz staje się „zarobiony”, wycisza telefon, a po ósmym żałuje – bo już koniec.

Plan nowego rabunku ma jedną wadę, za to zasadniczą: nie powstał w głowie genialnego Profesora, co wpędza naszego okularnika w jeszcze poważniejsze stany neurotyczno-lękowe. Możemy być jednak (w miarę!) spokojni, bo rzecz całą wymyślił człek tyleż niegłupi, co równie niezrównoważony jak nasz Profesorek…

W trzecim sezonie, poza wartką akcją lewackiego w istocie rabunku, rewelacyjnie ogrywane są dwa motywy: miłość i piosenki. Ta pierwsza, po krótkim okresie rajskiego rozkwitu nabiera znaczenia wręcz mistycznego oraz staje się najistotniejszym argumentem w najpoważniejszych rozmowach. Ta druga potrafi rozbawić do łez – poczekajcie do momentu, w którym po raz pierwszy usłyszycie „Bella, ciao” – jak dla mnie ta scena to absolutny majstersztyk nie tylko serialowy!

Na szczęście piosenek w sezonie trzecim jest więcej, twórcy nie zatrzymali się na jednej, ogranej już nucie, tak jak i przybywa nam bohaterów. Osoby, które straciły życie, mają swoich następców i to zdecydowanie godnych. Na przykład największego psychopatę serialu – Berlina - za którym tęskno trochę (ale zapewniam, że tylko trochę) zastępuje ktoś bardzo mu bliski, a w dodatku nikt nie zaczyna udawać nikogo i każdy jest sobą. Nie może być zresztą inaczej, skoro Berlin zastępuje Moskwa, czyli twórcom serialu nadal nie brak poczucia humoru o zabarwieniu historycznym. Ukłon dla scenarzystów, którzy zmierzyli się z nową materią ludzką w sposób tak nowatorski, że wielu kolegów po fachu szczęka pewnie zębami z zazdrości. Zwłaszcza ci, którym pieniądz przesłonił kreatywne umysły i od któregoś sezonu czegoś tam, klepią ciągi dalsze wyłącznie dla podpisu pod fakturą. Hiszpanie udowadniają, że wiedzą – nie tylko na ekranie - jak zdobyć pieniądze z klasą.

Dla zasmuconych, że osiem odcinków zleciało zbyt szybko, mam dobrą wiadomość, że ciąg dalszy oczywiście jest, a ogłoszenie zamówienia czwórki przez Netflix nastąpiło podczas przedpremierowego pokazu sezonu trzeciego.

Trzy sezony „Domu z papieru” („La casa de papel”) dostępne są w Netflix

Zapraszam do śledzenia codziennych rekomendacji telewizyjnych w CODZIENNYM POLECAJU TV #wTelewizjiPL