Konferencja ramówkowa programu pierwszego telewizji polskiej, a tam  - z mojego – dzieciowopsychologicznego widzenia – BOMBA. Dowiedziałam się bowiem, że wraca „Teleranek”, dla  wielu pokoleń kultowy program obok „Ekranu z bratkiem” czy „5-10-15”.

„Teleranek” – dla niewtajemniczonych – to telewizyjny program dla dzieci nadawany w latach 1972–2009 w 1 programie TVP.

Cieszyć się czy smucić?

Ja się cieszę, liczę na poważne potraktowanie młodego widza. Stworzenie programu, który wpisany w tradycję tamtego sprzed lat, będzie nowoczesnym, edukacyjno-rozrywkowym dla grupy, którą warto wychować na telewidzów. A więc dla widzów młodych powyżej 7 roku życia. 
Ale to nie będzie łatwe. 


 

Na konferencji powiedziano, że Teleranek to będzie cotygodniowy magazyn z aktualnościami dla widzów w wieku pomiędzy 7 a 12 rokiem życia. Zapewniono też, że dzieci będą mogły zobaczyć w nim m.in. wiadomości muzyczne, sportowe, kulturalne, technologiczne i rozrywkowe. Teleranek ma również inspirować młodych Polaków do poszukiwania życiowych pasji czy choćby ułatwić wybór zajęć pozaszkolnych, takich jak np. wolontariat. 

Łatwo powiedzieć, ale jak to zrobić? Jak spowodować, że dzieciaki przerwą wlepianie się w komórki i tablety, granie na kompach i konsolach i włączą TV, aby… no właśnie, po co?
Trzeba im pokazać to czego nie ma w sieci – wiem, wiem powiecie, że tam jest wszystko. Pewnie, że jest tak samo jak w żołądku jest wszystko co zjedliśmy i co z tego?

Internet jest jak zsyp, jest tam wszystko co chcemy i czego nie chcemy, a w telewizji możemy to młodym uporządkować (nie mylić z „ocenzurować”) i pokazać sens  lub bezsens czegoś. Dać argumenty i pozwolić wybrać. To może być właśnie ta nowoczesna misja telewizji.

Jaki był tamten Teleranek? Jakie miał „cegiełki”, czyli stałe elementy?

Początkowo był emitowany w niedziele o godz. 9:00. W następnych latach zmieniano godzinę, a to niestety odbijało się na oglądalności programu. W oryginalnym zamyśle, był godzinnym magazynem, który z czasem wchłonął inne programy znajdujące się wcześniej w tym paśmie. Mieliśmy więc „Zrób to sam” – genialnego Adama Słodowego, „Niewidzialną rękę” – niezapomnianego Macieja Zimińskiego i „Klub Pancernych” Jadwigi Dąbrowskiej.

Ale to już prehistoria. Grunt, że oglądalność spadała, a nikt nie zatroszczył się, by o program powalczyć.

Wielu z nas, bardziej niż sam program, pamięta emocje związane z jego, chwilowym wówczas, zniknięciem  13 grudnia 1981, co dla całego pokolenia jest niejako „symbolem stanu wojennego” (cóż za ironia losu), ale warto, choćby przez sentyment dla rodziców współczesnych młodszych nastolatków robić  go na nowo. Pojawiły się też głosy krytyczne, „odgrzewane kotlety”, „to się nie uda”, „powrót do PRL”. Nie czytam tego tak. Dla mnie to szansa na przywrócenie pamięci fajnego pomysłu na którym wychowywały się (tak, tak nie bójmy się tego słowa) – pokolenia młodych lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.


Czekam więc na 6 marca z nadzieją na „dobrą zmianę”, choć nie bez obaw, dokładnie z tego powodu.