Polskie seriale skłaniają do refleksji, wywołują żywą dyskusję, a ich oglądanie, szczególnie tych aspirujących do tzw. wyższej półki, to zawsze przygoda i nie lada wyzwanie. Niestety to jednak nie ich forma i nie ich fabuła pobudza do refleksji i nie one są dla odbiorców wyzwaniem, a to, że: „znowu słowa nie mogę zrozumieć”, czyli skandaliczna jakość dźwięku. Podobną dyskusję wywołała również kolejna premiera, czyli „Kruk. Szepty słychać po zmroku”.

Temat pojawia się regularnie po niemal każdej polskiej premierze od lat. Od lat widzowie i krytycy utyskują na jakość dźwięku, na to że trudno – jeśli w ogóle – przychodzi zrozumienie dialogów, i od lat nic się nie zmienia. Chociaż nie, zmienia się, tylko że niestety na gorsze.

Skoro zatem nie udaje się tego problemu rozwiązać, i rzecz z dźwiękiem w rodzimych serialach ma się z roku na rok gorzej, to może zaryzykować i wykorzystać świetnie sprawdzające się w paradokumentach rozwiązanie? Może wprowadzić po prostu charakterystyczne dla tego gatunku elementy, w których aktorzy drontem do kamery tłumaczą co widzieliśmy i słyszeliśmy w poprzedniej scenie, albo opowiadają ze szczegółami co zobaczymy i usłyszymy za chwilę. Pewnie burzyłoby to misternie zaplanowaną strukturę serialu, ale przynajmniej twórcy i nadawcy ulżą oglądaczom zmuszonym milion razy odpowiadać na pytania domowników: „co on powiedział”?

No dobrze, pożartowaliśmy, a teraz serio. Zastanawialiście się dlaczego w naszych serialach tak trudno zrozumieć wypowiadane w nich słowa? Głupie pytanie. Postaram się Wam zatem w skrócie wyjaśnić to przykre zjawisko. Skąd się bierze, i dlaczego jest to dla naszego serialowo filmowego przemysłu zadanie nie do wykonania. I to bez wnikania w szczegóły, które sprowadzają się do użycia wielu technicznych zwrotów. W skrócie zatem problemy są trzy:

 

 

Sprawa pierwsza, czyli kto to robi:
Nad dźwiękiem w polskich produkcjach pracują naprawdę nieźli fachowcy i do dyspozycji mają bardzo dobry sprzęt. No i oni to wszystko nagrywają, potem montują i podciągają wszystkie wskaźniki tak, że jest wspaniale i wszyscy są szczęśliwi. I nawet słusznie, że są, bo wskaźniki szaleją we właściwych rejestrach, można odróżnić dźwięki tła od dialogu, dialog od dźwięków tła itd. Czemu zatem skoro jest tak dobrze, jest tak tragicznie? Otóż zwykle nad udźwiękowieniem pracują ludzie, którzy albo jeszcze przed podjęciem zadania znają dialogi, albo uczą się ich na pamięć odtwarzając niezliczoną ilość razy kolejne sceny nad nimi pracując. A skoro znają na pamięć, to nie mają kłopotu z ich zrozumieniem. Dobrym przykładem na potwierdzenie takiego mechanizmu może być uwieczniony na magnetofonowej taśmie fragment mojej twórczości wokalnej z czasów liceum. Śpiewam tam, a właściwie skrzeczę do wtóru rozkręconych gitar i oszalałego w ekstazie perkusisty tekst mający dać całemu światu do myślenia. Problem w tym, że kiedy odtwarzając z kaseciaka piosenkę, ja i koledzy z zespołu z uznaniem kiwaliśmy głowami nad doniosłością tekstu, nikt poza nami nie był w stanie usłyszeć, że tam w ogóle ktoś śpiewa, czy choćby wyje. Tak właśnie dzieje się z dialogami w serialach. Warto więc pamiętać, że zanim się pośle taki serial na rynek, przydałoby się  zaprezentować go komuś, kto nie zna listy dialogowej. Niech powie co słyszy. I to  nie w kinie czy sali projekcyjnej z użyciem przestrzennego dźwięku najnowszej generacji, a na zwyczajnych telewizorach, na laptopie czy tablecie. Bo nie chodzi o to, żeby przygotować dźwięk dla sterylnego środowiska, tylko dla telewizji.

 

Problem drugi, czyli kto to nadaje i jak:
Niezależnie od tego jak bardzo fachowiec od dźwięku dobrze ustawi wszystkie wskaźniki, i niezależnie od tego jak znakomicie będzie słychać dialogi w jego słuchawkach czy studyjnych głośnikach, przed emisją dźwięk serialu zostanie skompresowany pod kątem wymagań konkretnego nadawcy. Ten proces odbywa się zwykle – niestety - już na poziomie emisji, czyli z automatu. I praktycznie bez wpływu autorów dzieła. Najczęściej. Czasami zdarza się oczywiście, że stacja zwraca się do twórców o większe dopasowanie dźwięku do standardów stacji, ale im się wydaje, że uda się przemycić coś lepiej, oddają, a plik i tak trafia do specjalnej „maszyny”, która wszystko uśrednia. I tak oto dostajemy dźwięk równy, ale nijaki. Automat wybiera bowiem ze ścieżki dźwięki najgłośniejsze, najcichsze, łapie góry i doły i po swojemu sprawia, żeby wszystko było mniej więcej jednakowe. I potem dochodzi m.in. do takich skrajnych przypadków jak serial AXN „Ultraviolet”, w który twórcy wpletli nieznośną muzykę. Automat podciągnął ją, wyrównał z resztą dźwięków i skończyło się na tym, że została niemal tylko ona.

Tu wypada dodać, że jeśli wydaje się Wam, że lepiej słychać dialogi w amerykańskich serialach nawet kiedy są zagadywane przez lektora, to macie rację. A to dlatego, że ta wspomniana „maszyna” uśredniając dźwięk zmylona jest wystawionym na pierwszy plan głosem lektora i tę resztę w tle zostawia w spokoju, skoro i tak jest ciszej i jest wyłącznie tłem.

Oczywiście to uśrednianie, kompresowanie dźwięku ma wielki wpływ na ostateczną słyszalność dialogów w polskim serialu. Zatem utyskiwania producentów i przerzucanie winy za to, że dialogi są niezrozumiałe na bezduszne procedury i automatyczną kompresję dokonywaną przez nadawcę mogą wydawać się słuszne. Mogą. Z tym jednak, że po 25 latach trudnej współpracy producentów z nadawcami jako odbiorcy mamy prawo oczekiwać, że tej współpracy się nauczą i znajdą jakieś rozwiązanie. Zwłaszcza, że seriale powstają zawsze z myślą o konkretnej stacji i w ścisłej z nią współpracy. Powtarzanie przez 25 lat tego samego błędu nie świadczy o żadnej ze stron najlepiej. Zresztą o nas też, skoro dajemy się na to nabierać.

 

Problem trzeci, czyli kto to mówi:
Niezależnie od tego jak bardzo napracują się serialowi dźwiękowcy, jakich cudów dokona zespół opracowujący dźwięk i jak przyjazne wpisze się wskaźniki i algorytmy w system emisyjny w telewizji, gdzieś tam na początku zawsze jest aktor/aktorka. Większość z nich w ramach kształcenia ma również przedmioty związane z emisją głosu, dykcją, a nawet zajęcia z logopedą. Niestety spora z nich część – nie chcę uogólniać, ale procent rośnie i rośnie – na planie zdjęciowym wpadają w nieprzyjazną dziwiękowcom i odbiorcom manierę. Im bardziej „ambitny” projekt, tym bardziej oni muszą być niechlujni. Nie wiem, chyba uznają to za jakąś wyrafinowaną formę aktorskiego sznytu. Problem jednak w tym, że – byłem na wielu planach zdjęciowych – nikt nie zwraca uwagi aktorowi, że „szmera”, żeby poprawił dykcję, czy żeby mówił choć trochę zrozumiale. Po pierwsze dlatego, że zawsze jest możliwość dogrania postsynchronu (dodatkowego nagrania i nałożenia dźwięku na scenę). A po drugie, bo przecież wszyscy i tak wiedzą co mówi, więc to słyszą.

Oczywiście nie chcę odbierać aktorom „grania głosem”, ale na dowód, że można robić to nie tracąc czytelności, przywołam przykład pana Jerzego Radziwiłowicza. Ów w serialu „Glina” też często mruczy coś pod nosem, mówi z pozorną niechlujnością, jakby od niechcenia. A jednak go słychać. I to wyraźnie. Można. Na drugim krańcu tej prostej jest Marcin Dorociński, który ze „szmerania” zrobił swój znak rozpoznawczy. I chyba tylko w „Pittbulu” Patrykowi Vedze udało się jakoś ten problem ogarnąć. Może dlatego, że wtedy pan Marcin był na początku swojej aktorskiej kariery i dopiero uczył się „szmerać”. Teraz jest w tym ekspertem.

 

Co dalej, czyli czy jest jakaś nadzieja
Mamy jakieś podstawy przypuszczać, że będzie lepiej? Moim zdaniem nie. Choćby dlatego, że nie widać i nie słychać (sic!) żadnego poruszenia w tej sprawie w branży. Uwierzcie lub nie, ale dla niej to nie jest żaden problem, temat do rozmowy czy analiz. Poważnie. Dialogi słyszalne będą więc już wyłącznie w serialach codziennych i wspomnianych paradokumentach. Tam aktorzy nie hamletyzują, nie ma problemów z muzyką w tle, jest czysto. Nie jest to szczyt wyrafinowania, ale widocznie dopracowaliśmy się w Polsce systemu zakładającego wyłącznie skrajności. I oczywiście mógłbym polecić Wam korzystanie ze słuchawek (w przypadku polskich seriali „rozumialność” dialogów podnoszą pewnie ok. 40/50 proc) albo włączanie opcji napisów dla niesłyszących, ale chyba nie o to chodzi.


Masz pomysł, albo komentarz do tej sytuacji? Zapraszam do rozmowy na FB: 
Program Telewizyjny albo mój profil