Jedynym wygranym powrotu „Europa da się lubić” jest Mateusz Szymkowiak, który sobie przynajmniej polatał. Bo to co się działo w studiu przypominało parodię spotkania znajomych z wczasowego turnusu sprzed lat. Chociaż nie, bo parodia ma zawsze jakiś scenariusz, a tu po prostu wpuszczono kilka osób, którym powiedziano, że im więcej będą mówić, tym lepiej. No to mówili.

Telewizja, przy całej mojej do niej sympatii, nie może liczyć na regularny, dopływ nowych widzów. To jest przesądzone, więc prezes Kurski słusznie zdecydował, żeby nie tracić energii na bezproduktywne próby ich pozyskiwania szalonymi nowościami skierowanymi do młodych i dynamicznych, a skupić się raczej na walce o zatrzymanie tych widzów, którzy jeszcze telewizję oglądają. Stąd odgrzewanie kolejnych kotletów z dawnych ramówek. Tym razem padło na niezwykle ongi popularny talk show, który w latach 2003-2008 przybliżał nam Europę od jej ludzkiej strony. Program miał upewnić nas, że czekają na nas w Europie z otwartymi sercami i mają o nas bardzo dobre zdanie. Ale przede wszystkim dobrze robiliśmy nim sobie sami. Wszak jedynym zadaniem zaproszonych „zagraniczniaków” było opowiadanie o tym jak u nas jest fajnie, i jacy my, mimo różnych dziwactw w sumie jesteśmy fantastyczni. Z każdym tygodniem robiło się nam lepiej, bo lubimy jak nas doceniają. Do tego stopnia lubimy, że nasi „zagraniczniacy” stali się prawdziwymi gwiazdami. Otrzymywali Telekamery, grali w serialach, mieli swoje programy, zapraszani byli do uświetniania różnych uroczystych otwarć i zamknięć. Szaleństwo. Czemu ma służyć ta nowa edycja programu nie wiem. A po obejrzeniu pierwszego odcinka nie wiem jeszcze bardziej

 


JAK ONI TO ROBIĄ
Przede wszystkim robią to wyłącznie dla osób, które program lubiły lata temu. Nikt tu nie bawi się w żadne wprowadzenia, w tłumaczenie po co się państwo zebrali i po kiego grzyba to sympatyczne skądinąd spotkanie starych znajomych relacjonuje telewizja? Co do zasad prawie wszystko po staremu. Po staremu koszmarnym sucharem przedstawiał się każdy wchodzący do studia zagraniczny gość, i po staremu, szerokim uśmiechem witała ich pani Monika zgrabnie udając, że żart jest świetny. Kiedyś była to Monika Richardson, dzisiaj jest to Monika Zamachowska. Ale to ta sama pani Monika. I uśmiech też ten sam. Po staremu.

Mimo szczerych chęci trudno to jednak nazwać sentymentalnym spotkaniem po latach, skoro poza sympatyczną panią ze Szwecji, pozostali uczestnicy praktycznie nie znikają z naszych telewizorów. Pan Cozza z Włoch na zmianę robi za eksperta od piłki nożnej w Polsacie, i od spraw rodzinnych w programie „Sprawa dla reportera” pani Jaworowicz. Taki ma rozrzut. Do tego jeszcze występ w „Tańcu z gwiazdami”. Oczywiście jako gwiazda. Pan Moreno z Hiszpanii też w tanecznym show się sprawdzał, a teraz z wdziękiem prowadzi Studio Lotto. Pan Wafidis z Grecji doradza w kwestiach kulinarnych, a o panu Aistonie z Anglii co prawda ostatnio jakby trochę przycichło, ale wystąpił w serialu „Na dobre i na złe”, i przez lata bywał gwiazdą programów pisanych specjalnie dla niego.

A NAJGORSZE BYŁO
W każdym razie usiedli państwo i... pletli co im ślina na język przyniosła. Bez opamiętania i bez tematu. Ot tak po prostu, jak u cioci na imieninach. Z wyłączeniem polityki. Godzina przerywanego rechotem gadania o niczym. Ani w tym nie było Europy, ani Polski w tym nie było, a już na pewno nie było sensu. Cały scenariusz musiał zmieścić się na dłoni i zawierał wskazówkę: „niech wejdą i gadają, a ty Monika, jak się zawieszą, od czasu do czasu zapytaj co u nich słychać. Potem to jakoś posklejamy”. O poziomie na jaki wzbiła się produkcja i o stanie kreatywnych umysłów odpowiedzialnych za ten projekt niech świadczy to, że po nastu latach scenarzyści i pani Monika nie mogli się powstrzymać, żeby nie zabawić się w „chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie”, czy „stół z powyłamywanymi nogami”. Serio. A śmiechom nie było końca.

Największym wygranym powrotu „Europa da się lubić” jest chyba młody dynamiczny reporter Mateusz Szymkowiak, którego „za pieniądze podatników” wysłano w podróż po Europie z zadaniem udowodnienia, że oni tam są od nas głupsi i nas nie doceniają. I robiąc sondy uliczne wywiązuje się z zadania brawurowo. Czekam niecierpliwie na sondę, w której padnie pytanie: „jakiej narodowości jest obecny przewodniczący Rady Europejskiej?”, żeby ostatecznie udowodnić, że Donald Tusk jednak jest Niemcem. Jak tego nie będzie, to w ewentualnej kolejnej edycji formatu, pana Mateusza na pewno zastąpi redaktor Sitek. I on to już załatwi na miękko.

Zaskoczyła mnie trochę zmiana wykonawcy piosenki tytułowej do programu. Ongi wykonywał ją Krzysztof Krawczyk. Na pewno nie jest piosenkarzem w TVP wyklętym, ale jednak teraz śpiewa laureat „Voice Of Poland” Marcin Sójka. Ma chłop kawał głosu i w ogóle, ale jest jeszcze na tym etapie kariery, kiedy czuje imperatyw udowadniania, że jest świetny i potrafi śpiewać. Dlatego zamiast po prostu zaśpiewać, zajął się prezentacją swoich możliwości. Nikt mu nie zwrócił uwagi na to, że fajnie byłoby dać słuchaczowi szansę dowiedzieć się co śpiewa. Ale kiedyś mu to ktoś wytłumaczy. Jak i to, że w śpiewanym języku angielskim też występuje podział na wyrazy. I to całkiem konkretne.


SZANSA NA SUKCES?
Czy nowa „Europa da się lubić” ma szansę na sukces? Nawet jeśli tak, to na pewno nie tak duży jak kiedyś. Chociaż przyznam, że po tym co zobaczyłem życzę programowi braku zainteresowania. Dlaczego? Bo widzowie nie zasłużyli sobie na brak szacunku. A tylko nim można wytłumaczyć przypadkowość, chaos w scenariuszu i koszmarną pustkę, którą próbuje się zagłuszać rechotem.

I powiem Wam, że jeśli do wyboru miałbym tylko bezsensowny bełkot polityków w jednym z licznych programów, w których daje im się bełkotać i odnowiony show „Europa da się lubić” z bezsensownym bełkotem o wszystkim poza polityką, to wybrałbym spacer. Choćby w deszczu, z mokrą głową i pod wiatr.

 

TVP 2 soboty o godz. 20:05
Europa da się lubić - 15 lat później - program rozrywkowy, Polska 2019