Swój akces do zabawy w krajowe eliminacje Konkursu Piosenki Eurowizji zgłosiło coś około ćwierć tysiąca wykonawców. Ale w sobotnim koncercie, turnieju o możliwość występu w majowym półfinale (a potem być może w finale) w Lizbonie zaprezentuje się dziesiątka z nich. Piosenki są znane, wykonawcy też są znani – najczęściej zresztą z tego, że wystąpią w sobotnim koncercie – więc spokojnie można już zamknąć temat. Niezależnie od tego kogo widzowie TVP i jury wyślą na tegoroczną Eurowizję, przepadnie w Lizbonie jak nasz niesławnej pamięci saneczkarz na Igrzyskach w Korei.

Nie wiem w jakiej skali mierzy się poziom desperacji, ale to na pewno on jest największą siłą wszystkich piosenkarzy i piosenkarek starających się o bilet. I ta desperacja nie dotyczy nawet chęci zdobycia zaproszenia do Portugalii. Chodzi o to, żeby pokazać się, że się istnieje, albo się przypomnieć. Że się jest. Po prostu. Moim zdaniem dużo lepszym pomysłem byłoby zaprezentowanie ciekawej propozycji, jakiejś piosenki z sensem, treścią i charakterem, ale jak widać spora część naszych muzycznych desperatów wciąż wierzy w to, że wystarczy się pokazać w telewizorze, żeby złapać Boga za nogi. Otóż nie wystarczy. Na szczęście.

 

Wśród dziesiątki nieszczęśliwców znajdujemy kilka ciekawostek. Ot, na przykład niejaki Pablosson. Skandynaw jakiś? A skąd, to koncept Pawła Stasiaka z Papa Dance, Papa D i nie wiem czego tam jeszcze, jak spróbować zrobić w konia europejską publikę, która lubi skandynawskie klimaty. Zresztą piosnkę „Sunflower” też zrobił trochę w klimacie norweskich przebojów i propozycji sprzed lat kilku. Trochę gorzej niż oni, ale widać, że się jednak postarał. Pewnie, że w Europie nikt tego nie kupi, ale może nasi jurorzy i widzowie pomyślą, że to dobry „myk” i dadzą szansę staremu wyjadaczowi.

Na liście jest też Happy Prince, czyli Tomasz Stawarz (muzyk związany z przemyską sceną rockową i jazzową) i Jakub Prachowski (który jeśli się nie mylę miał epizod z koleżanką Sabiną w telent show „Mam Talent”). Wyczytałem, że z piosenką „Don’t let go” są faworytami naszych eliminacji. Rzuciłem się na utwór słowno muzyczny jak szczerbaty na suchary ze szczerą nadzieją, i... No może i są faworytami, ale chyba grupki znajomych. Nie wróżę tej piosence – w razie gdyby się zakwalifikowała - europejskiej przyszłości, bo tak bardzo nic się w niej nie dzieje, że z całą pewnością zniknie w przepastnych głębiach muzycznej nijakości.

Zgłosiła się również niejaka Ifi Ude z piosenką „Love is stronger”. Już tytuł zawiał napompowaną nudą, ale to jeszcze nie jest najgorsze. To niezwykle sympatyczna pani, ale przyznam, że należę do starej szkoły, wedle której eurowizyjny konkurs miał być m.in. okazją do zaprezentowania jakiegoś lokalnego charakteru krajowych propozycji. Tak, wiem że to już dawno nie ma znaczenia, ale są jednak tacy, którzy próbują, i nawet udaje im się zrobić wrażenie na publice. Ot, jak ubiegłoroczny zwycięzca z Portugalii na przykład. No i z tego punktu widzenia, jakoś nie czuję ani powodu, ani sensu tłumaczenia europejskiej i australijskiej ludzkości, że sympatyczna pani Ifi i jej piosenka jakkolwiek mają się do naszego nadwiślaństwa. Zwłaszcza, że i tak bez szans na jakikolwiek sukces. Jak w piłce nożnej, jak już robić transfer zagraniczny, to po to, żeby się wzmacniać, a nie dalej uśredniać. Ale co ja tam wiem.

Listę uzupełniają jeszcze niejaka Saszan z nieprzebojem „Nie chcę ciebie mniej”, potrafiąca śpiewać Monika Urlik, której piosenka „Momentum” jest tak nadęta słownomuzycznym banałem jak dobra kasza skwarkami, Isabel Otrębus, która próbowała już się przebić tą drogą na dużą scenę Eurowizji, i tak jej się spodobało upokorzenie, że teraz zgłosiła jeszcze bardziej nijaką piosenkę „Delirium”, Future Folk z numerem „Krakowiacy i górale”, czyli jedyna propozycja odbiegająca od sztampy, i choć również bez szans na sukces, to przynajmniej z jakimś pomysłem na siebie, Gromee feat. Lukas Meijer, którzy śpiewając „Light me up” bawią się świetnie, ale nie dbają o to, żeby przyjemność sprawić również innym, Marta Gałuszewska z piosenką „Why don’t we go” stara się, ale głównie trafić w wyobrażone gusta wyobrażonej eurowizyjnej publiczności, co oczywiście udać się nie może, i Maja Hyży z piosenką „Błysk”, która nie ukrywa, że cały swój udział w eurowizyjnym przedsięwzięciu traktuje jako element promocji swojej nowej płyty tutaj, i chyba się mocno przeliczy.

Gospodarzem imprezkę jest oczywiście Artur Orzech, a jedną z tzw. gwiazd wieczoru w nagrodę za brak sukcesu w roku ubiegłym Kasia Moś. Przy okazji odpowie pewnie również na pytania uczestników, jak to zrobić, żeby ich nikt w Lizbonie i i na ekranie nie zauważył.

Po wysłuchaniu wszystkich piosenek -kandydatek, doszedłem do przekonania, że musimy jednak postawić na wygląd. Uratować nas mogą albo górale, albo jakiś efektowny występ, którego piosenka będzie najmniej istotnym elementem i da się jakoś odwrócić od niej uwagę oceniających. Bo szkoły są dwie. Albo wyjść i zaśpiewać nie pozostawiając jurorom wyboru – casus Edyty Górniak, która sama w sobie była fajerwerkiem – albo występem i aranżacją odwrócić uwagę od miałkości piosenki. My nie mamy nic.


Telewizyjna relacja konkursu  w sobotę w TVP 1 od godz. 21:25. Na szczęśćie w dzisiejszym POLECAJ TV znajdziecie lepsze pomysły na telewizyjny wieczór.