Na scenie Sławomir z żoną, rodzinna firma Bayer Full, Zenon Martyniuk, Boys i inne gwiazdy disco polo. Za nimi świetlna ekstaza i ekstaza Mateusza Szymkowiaka balansującego na cienkiej linie wiecznego spełnienia. A u ich stóp tłum spijający z ich ust każdą, nawet najbardziej banalną frazę. Tak wyglądał pierwszy dzień Festiwalu Muzyki Tanecznej w Kielcach i telewizyjnej Dwójce. Czy to się mogło nie podobać?

Festiwal jest, jak rozumiem, ochłapem rzuconym władzom Kielc, zapłatą za gotowość do bycia tymczasowym Opolem jaką dwa lata temu zgłosili chcąc pomóc panu Kurskiemu ratować palący mu się wtedy prezesowi stołek. Może nie tak wyobrażali sobie Kielczanie i ich polityczni przywódcy tę zapłatę. Może nie chcieli zaistnieć w świadomości reszty Polski właśnie jako nowa stolica disco polo, ale jednak wydarzenie było duże. I przede wszystkim pełne pozytywnych emocji. A co przed wyborami najważniejsze? Żeby ludzie byli zadowoleni, weseli i pamiętali dzięki komu to wszystko. Było więc na bogato, pełną parą i z przytupem. A jak było z sensem?

 

JAK ONI TO ROBIĄ?
Tak, wiem że wiele osób razi disco polo w telewizji publicznej, bo ono podobno zaniża standardy tak szacownego miejsca. A ja się pytam, niby dlaczego? Ja się z tym po prostu nie zgadzam. Disco Polo, tu dla niepoznaki nazwane muzyką taneczną, to taka sama muzyka jak każda inna. A to, że jest prosta i płaska, to trudno, taki jej urok. A ludzie którzy przy takiej muzyce lubią się bawić też płacą podatki, i też są częścią narodu zrzucającą się na istnienie telewizji publicznej. Niech więc mają w niej swój kawałek raju. Bo TVP jest dla wszystkich, a przy takim bogactwie anten tematycznych ma szansę spełniać oczekiwania wielu grup. W czasie omawianego festiwalu można było oglądać np. świetny film „Birdman” i magazyn „Tygodnik Kulturalny” w TVP Kultura. A jutro będzie tam np. koncert Franka Zappy. Przestańmy więc wreszcie marudzić i narzekać, że tak się nie godzi. Bo się godzi. A utyskującym na to, że to prezes Kurski ściąga do TVP disco polo przypomnę, że w latach 90. pani Nina Terentiew wprowadziła do ramówki cieszące się dużą popularnością koncerty z tzw. muzyką chodnikową i biesiadną. Te ostatnie z niewielkim wdziękiem, ale za to wielkim zaangażowaniem prowadziła m.in. pani Grażyna Torbicka. A była to sytuacja o tyle gorsza, że z racji braku kanałów tematycznych i w ogóle konkurencyjnych telewizji, pani Nina niejako skazywała widzów na obcowanie z muzycznym chodnikiem. Nie narzekajmy więc na to, że w TVP jest disco polo, tylko na to, dlaczego na przykład tak mało osób korzysta z bardziej wyrafinowanej oferty telewizji, o którą nie jest tak trudno.
Dla mnie ważne jest, żeby telewizja publiczna w każdym prezentowanym gatunku dbała o jakość. A ta na Festiwalu Piosenki Tanecznej była. Nie chodzi mi o muzykę, tylko realizację. Wszystko było do siebie dopasowane. Oprawa, światła, scenografia i nawet nagłośnienie. W swoim gatunku zrobili co do nich należało, i dali jego fanom na pewno masę przyjemności. I o to chodzi.

 

NAJSŁABSZE BYŁO
To co wielu bierze za stronę najsłabszą, ja uważam akurat za atut. Takie imprezy rządzą się swoimi prawami. Tu powtarzalność i „jednokopytność” dzieł zebranych jest zaletą. Chodzi przecież właśnie o to, żeby można było sobie razem pośpiewać, potupać nóżką i pomachać gałęziami. I o nic więcej. I żeby przerwy między piosenkami były na tyle długie żeby zdążyć wziąć łyk płynu, najlepiej z procentem, ale na tyle krótkie, żeby nie zdążyć usiąść. To jest cała tajemnica ewentualnego sukcesu. I widać było, że fachowcy o tym wiedzieli.
Jedynym naprawdę wielkim błędem był wybór daty i godziny tego przedsięwzięcia. Przy takich finansowych nakładach, realizowanie go i emitowanie równolegle z pierwszym meczem naszej piłkarskiej reprezentacji i to z Włochami, można uznać za skrajną, skandaliczną wręcz niegospodarność. I za prowokowanie przemocy w rodzinie. Na obie te rzeczy są odpowiednie paragrafy. „Oj się Duda za takich weźmie...”.


NAJMOCNIEJSZA BYŁA

Publiczność oczywiście, świetnie się bawiła i w przeciwieństwie do festiwalu w Opolu, tutaj kamerzyści i reżyser śmiało mogli kierować na nią kamery, bez obaw, że trafią na jaką znudzoną twarz, albo fragment pustej widowni. Ale dla mnie najlepszy był pan Zenon Martyniuk. Zawodowiec, jednocześnie skromny i pewny siebie, z szacunkiem do publiczności, który nie popisuje się, nie cwaniakuje, tylko wychodzi na scenę i robi swoje. Lubię tego faceta, niezależnie od tego jak daleko mi jest do jego piosenek.
 

SZARŻA PROWADZĄCYCH
Mateusz Szymkowiak lansowany jest od kilku ładnych lat jako nieustająco młody, nieustająco świetnie się zapowiadający i taki równy telewizyjny koleżka. Jego przerysowany entuzjazm, wymuszanie przybijania tzw. piątek, permanentna ekscytacja skutkująca krzykiem i kończący każdą wypowiedź klauni uśmiech mogą śmieszyć, ale bardziej chyba jednak irytują. Również przez tą matematyczną powtarzalność, zmieszanie banału z bełkotem i bolesną przewidywalność. Ciekaw jestem czy on naprawdę tak się widzom podoba, czy jest po prostu wygodny, bo bierze wszystko jak leci?

(.onet 08.09.2018)