Telewizyjny przypadek udziału pani Anny Zawadzkiej (z sercem na głowie) w programie "Tak jest" pana Andrzeja Morozowskiego w TVN 24 skłonił mnie do pewnej refleksji. Otóż pytanie rodzi się natury ogólniejszej, dotyczące tej cienkiej linii dzielącej polityków i dziennikarzy.

 

Najpierw jednak nieświadomych wprowadzę w temat. Otóż pani Anna jest jedną z tych pań, które zamanifestowały w kościołach, i podczas odczytywania stanowiska szefów katolików w Polsce ostentacyjnie opuściły kościelne progi. Żeby tuż za progiem wytłumaczyć przed kamerą, że one już nie mogą wytrzymać ucisku. OK. A, to ważne, pani Anna do milczącego, bo taki to miał być wedle zapowiedzi protest, dorzuciła jeszcze kilka okrzyków, wśród nich "ja tego już nie mogę słuchać".

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że podobny okrzyk wyrwał się z gardeł sporej grupy widzów programu "Tak jest" podczas jej prostackiego, pozbawionego elementarnej kultury, i co gorsza również bardzo wątpliwego merytorycznie wystąpienia. Powinienem napisać rozmowy, ale to z rozmową nie miało nic wspólnego. Bo pani Anna tuż po jej przedstawieniu, i przedstawieniu księdza redaktora Sowy, któren miał być jej interlokutorem, na zadane dość proste, banalne wręcz pytanie: "czy często chodzi pani do kościoła", rozpoczęła jakąś koszmarną ględźbę o hołdach lennych "polskiej rzeczypospolitej", że o aborcji by wolała, bo akurat niedawno zrobiła ją sobie. A potem - mimo częstych nawoływań red. Morozowskiego - kontynuowała swój pseudointelektualny bełkot, ale już nie wiele można było z tego zrozumieć.

Redaktor w końcu podniósł głos i jak nie przymierzając marszałek sejmu zapytał dwa razy czy pani zastosuje się do reguł programu, czyli czy zamiaruje odpowiedzieć na jedno chociaż pytanie, i kiedy nie dostał odpowiedzi nawet na to, program przerwał. I już.

Program ten, to jego konkretne wydanie skłoniło mnie jednak do szerszej refleksji. Ta głupia - sądząc po tym jej wystąpieniu, więc osąd mój może być skrzywiony nieco - kobieta wypadła w programie koszmarnie. Zrobiła krzywdę i swojemu wizerunkowi - jeśli jakiś miała - i sprawie w imieniu której do studia przed kamerę weszła. Ale nie było to wystąpienie znacząco różne od wielu innych wystąpień jakichś przekrzykujących się, unikających krzykiem odpowiedzi na zadane pytanie, mówiących coś mimo zadawanych pytań itd. No i dlaczego akurat jej pan Andrzej potrafił przerwać, a setce innych bawiących się w politykę idiotów przerwać nie potrafi? Bo co? Bo stoi za nimi jakieś realne znaczenie? Bo skrzywdzą prowadzącego nie podrzucając mu w przyszłości ciekawych do rozmowy tematów? Może dlatego, że boi się, że w przyszłości odmówią zaszczycenia swoją gębą jego programu?

Nie wiem. Wiem jednak, że gdyby z podobną stanowczością odnosić się do polityków i z podobną konsekwencją od nich żądać stosowania się do reguł, byłoby po prostu lepiej. Nie tylko w telewizji informacyjnej, ale lepiej tak po prostu. Bo może zdaliby sobie sprawę, że takie przekrzykiwanie się jest bez sensu - bo faktycznie nie miałoby sensu, skoro istotą ich istnienia w świadomości ludu jest bywanie w radiach i telewizjach - a to przeniosłoby się również na ich zawodowe życie poza kamerami. To oczywiście nigdy się nie wydarzy, ale pytać i sugerować warto?

Kiedyś na podobną "akcję" zdecydowała się Karolina Lewicka w TVP Info próbując rozmawiać z ministrem Glińskim od spraw kultury. Niestety ten pojedynek wygrał polityk, i to on wrócił do studia by dzisiaj bezkarnie, niezależnie od tematu i pytania pleść swoje androny, a pani Karolina jak Balcerowicz, musiała odejść. Trudno więc mówić o dobrym przykładzie. Ale to w telewizji publicznej, pardon, rządowej było. Prywatna przecież nie musi się bać.

Co? Panie Andrzeju? Przerwie Pan podobnie posłowi, posłance czy ministrowi jak nie będzie chciał odpowiedzieć na pytanie i tylko ogłaszał?

Cały koszmarny "występ" pani Anny Zawadzkiej możecie zobaczyć tutaj