Miesiące oczekiwania. Rosnące napięcie. Teasery, przecieki. Nerwy, czy będzie można zobaczyć to legalnie w Polsce. I w końcu szczęśliwie jest! 18 dzień listopada 2016 roku, który dla milionów fanów na całym świecie stał się świętem. Oto na ekrany powrócili panowie Jeremy Clarkson, James May i Richard Hammond w swoim nowym show, wyprodukowanym dla Amazon Prime „The Grand Tour”.

Oczekiwania były ustawione nieprawdopodobnie wysoko. Już informacje o kosmicznym budżecie programu pozwoliły oczekiwać czegoś bardzo wyjątkowego. I jak wyszło?

 

Zacznijmy od tego, że Top Gear po zakończeniu kontraktów Clarksona, Maya i Hammonda, w swoim 23. sezonie z Chrisem Evansem jako głównodowodzącym było kompletną porażką. Było bardzo złe. Było, krótko mówiąc, kompletnym nieporozumieniem. Nikt tego już nie ukrywa, włącznie z władzami BBC i samymi nowymi prowadzącymi. Przyczyn tego szukać można w nieskończoność ale jedna rzecz jest najważniejsza i kluczowa – aż dziw, że decydenci z BBC zdawali się tego nie rozumieć. O sukcesie Top Gear decydowała przede wszystkim chemia pomiędzy prowadzącymi. Ten nienamacalny związek, który powodował, że rozumieli się bez słów, uzupełniali się doskonale a ich przyjaźń była w 100% wiarygodna. Do tego dochodzi charyzma. Cała trójka ma jej tyle, że telewizyjne projekty prowadzone osobno przez każdego z nich były sukcesem. Nawet James May rozkładający na części pierwsze a potem przez bitą godzinę skręcający na ekranie a to kosiarkę, a to stary aparat telefoniczny przyciągał milionową widownię. Połączenie tego powodowało, że Clarkson, May i Hammond prowadzący poradnik szydełkowicza byliby hitem.

I to jest pierwsze, co rzuca się w oczy w „The Grand Tour”. Chemia jest cały czas, charyzma pozostała. Pierwszy odcinek pokazał, że panowie nie zamierzają wymyślać koła na nowo. Show to stare, dobre Top Gear tyle, że z czterokrotnie większym budżetem i zmianami spowodowanymi przez zapisy prawne, a konkretnie przez to, że BBC ma prawo do np. wizerunku Stiga, tablicy z wynikami pisanymi mazakiem czy samochodu za rozsądną cenę. Uzurpuje sobie również prawo np. do słynnego „Oh, cock” Jamesa Maya, co już ociera się o absurd i buduje nienajlepszy PR dla kolejnej odsłony „Top Gear”.

Wróćmy do „The Grand Tour”.

Program zbudowany jest praktycznie tak samo jak poprzednie show. Jest wstęp, w którym panowie zapowiadają co w dalszej części programu, pierwsza część materiału filmowego, powrót do… (nie, nie do studia; powiedzenie „Back to the studio” też jest zastrzeżone przez BBC) …namiotu, wesoła rozmowa, gość specjalny, test samochodu na torze, kolejna część materiału filmowego, podsumowanie, koniec.

Diabeł tkwi w szczegółach – a konkretnie w tym, że właściwie każdy z tych punktów został zdefiniowany od początku. I pierwszy odcinek był m.in. właśnie po to, żeby te szczegóły wyjaśnić przez co część stacjonarna wydawała się nieco chaotyczna i czasami przypadkowa. Nie do końca rozumiem pomysł na pobicie prowadzących przez publiczność podczas dyskusji, ogólnie biorąc, o wyższości wszystkiego co brytyjskie nad tym, co amerykańskie. W tym miejscu należy zaznaczyć, że w odróżnieniu od produkcji BBC „The Grand Tour” nie jest stacjonarny. Każda część jest kręcona w specjalnym namiocie zakotwiczonym w każdym odcinku w innym miejscu na świecie. I ten pierwszy jest właśnie w Stanach, na pustyni w pobliżu Los Angeles. Niektórzy mówią, że jeden z kolejnych ma być kręcony w Polsce…

Dwa odświeżone elementy mają według mnie olbrzymi potencjał na przyszłość.

Jednym z nich jest nowy kierowca jeżdżący samochodami po torze. Oczywiście Stig jest własnością BBC. W „The Grand Tour” człowiek ten nie jest już tajemniczy. Ba! Ma nawet lekką nadwagę! To Mike Skinner, kierowca NASCAR, który uważa wszystko i wszystkich za komunistów. Poza tym generalnie mu się nie podoba, zwłaszcza samochody ze Starego Kontynentu. Świetny kontrast dla milczącego Stiga, chociaż jak już przy nim jesteśmy, to niektórzy mówią, że…. Ale zostawmy to.

I drugim elementem, na bazie którego można budować setki gagów i ogólnie tego, dla czego kochaliśmy Top Gear to sam tor testowy.

Ze względu na kształt został nazwany The Eboladrome. I różni się dosłownie wszystkim od tego znanego z TG. Po pierwsze biegnie wśród zarośli i drzew, pośród których żyją dzikie zwierzęta lubiące wyskoczyć przed maskę samochodu. Po drugie w jego bezpośrednim sąsiedztwie, na ostrym łuku znajduje się stacja trafo. Po trzecie tuż przy nim, w białym domku, mieszka starsza pani. Podobno lubi samochody i nawet kiedyś jeden miała. Po czwarte, jak zdradził James May, w okolicy tego domku odkryto zakopany niewybuch. Po piąte jeden z odcinków nazywa się „to nie jest prosta”, ponieważ to nie jest prosta… Każdy z tych punktów ma olbrzymi potencjał do rozwinięcia i wykorzystania w kolejnych odcinkach. Znając kreatywność zespołu produkcyjnego , który właściwie w całości przeszedł z Top Gear możemy spodziewać się wszystkiego najlepszego.

Na koniec warto wspomnieć o warstwie realizacyjnej. Jako się rzekło, cały zespół przeszedł do Amazona z BBC zatem mamy gwarancję pięknych zdjęć i perfekcyjnego montażu. Pierwszy odcinek po prostu urzeka! Od imponującej sekwencji początkowej po testy trzech hybrydowych supersamochodów, na sekwencjach w namiocie skończywszy. Całość jest realizowana w technologii 4K.

Podsumowując – jest tak, jak wszyscy oczekiwali. Jest to, za czym fani brytyjskiej trójki tęsknili od wielu miesięcy. I jest nadzieja na jeszcze lepszą przyszłość. Informacja z ostatnich dni o tym, że Amazon zamówił już dwa kolejne sezony każe przypuszczać że program jest olbrzymim sukcesem po jednym odcinku! Mam tylko nadzieję, że goście specjalni będą wykorzystywani bardziej produktywnie niż tylko do spektakularnego umierania…