Prezesowi Kurskiemu chyba puszczają nerwy. Dziwne, że nie puściły jeszcze  jego partyjnym szefom, ale chyba i te muszą być mocno napięte, skoro Jacek Kurski po nocy jedzie do telewizyjnego producenta, pana Tadeusza Lampki i w akcie desperacji przegląda jego producenckie szuflady próbując znaleźć coś, czym chociaż na chwilę będzie mógł zalepić dziurę w kierowanej przez siebie telewizji. Choćby to miał być serial, którego nie chciał nikt inny. Jedzie więc cichcem do pana producenta, i szuka gdzie wydać pieniądze, zaprzeczając własnym wielkim słowom wykłamywanym kiedy starał się przed komisją o posadę Prezesa TVP. To, że pan Jacek Kurski nie przywiązuje się do własnych zapowiedzi i obietnic, to nic nowego, ale nad taką późnowieczorną wycieczką może się unosić nawet smrodek nieprzyjemnych wątpliwości. Nie wiem czy się "unosi", ale mniej ważne spotkania budziły przecież różne skojarzenia. Zwłaszcza, że... 

Takim serialem, którego nikt nie chciał, ale mógłby na szybko wypełnić kolejną ramówkową dziurę i na chwilę „zamknąć usta niedowiarkom”, być może będzie produkcja „Recepta na miłość”. W rolach głównych grają tu Barbara Kurdej-Szatan i Mateusz Damięcki. Pan Tadeusz ogłosił serial jakoś tak jesienią, i z tego co wiem powstało nawet osiem odcinków. Sprzedać się go nie udało jednak żadnemu nadawcy. Nikt nie wziął, to może weźmie Kurski, prawda? W końcu on kupuje za cudze, to mu łatwiej. A w tej całej biedzie z nędzą, musi ogłosić, że coś robi, że ma jakąś nowość, bo inaczej, już za chwilę w podziennikowym paśmie będzie musiał puszczać „Daleko od szosy”.

Pojechał więc pan Jacek do siedziby pana Tadeusza Lampki po nocy gotów zostawić tam sporą kasę, chociaż we własnych szufladach ma kilkanaście zaakceptowanych już scenariuszy seriali jakie TVP pozyskała w ramach programu „NOS” (Nabór-Ocena-Selekcja). A ten program był przecież koronnym argumentem jakim posługiwał się namawiając Radę Mediów Narodowych żeby pozwoliła mu być prezesem TVP. - Dość mamy dyktatury wielkich producentów, którzy zmonopolizowali serialową produkcję w telewizji – grzmiał pan Jacek, i dodawał również coś o transparentności negocjacji, o tym, że nie może być tak, żeby to ci wielcy producenci mieli wyłączny dostęp do prezesa i w półprywatnych okolicznościach załatwiali sobie wielomilionowe kontrakty. – My mamy NOS – mówił – i będziemy wszystko robili tak, żeby nie było wątpliwości, a wszystko było jak na tacy. Pamiętam nawet – choć to „michałek” taki – jak się usprawiedliwiał z tureckich seriali, i tłumaczył, że one zakupione zostały przez poprzedników, ale jak tylko się skończy zakupiona pula, to następnych już nie będzie, bo trzeba stawiać na nasze. I że on postawi na nasze, bo na biurku ma już pierwszą transzę świetnych scenariuszy przepuszczonych przez „NOS”, i one będą teraz kolejno wchodziły na antenę. Oczywiście parafrazuję słowa pana Prezesa, ale można sobie ich posłuchać w oryginale na nagraniu z przesłuchań przed Radą Mediów Narodowych.
No i rzecz jasna nie tylko wbrew zapowiedziom kupił kolejne odcinki tureckiego serialu, to w dodatku nie zezwolił na produkcję żadnego z seriali, które daaaaaawno już temu przeszły przez cały system. Żadnego z tych świetnych.

I w dodatku wbrew zapowiedziom gotów jest sam jechać na takie późnowieczorne spotkania do siedziby wielkiego producenta na przegląd jego szuflad, w głębokim poważaniu mając tych, którzy zaufali i zgłosili swoje projekty do „NOS-a”, ucieszyli się, że ich projekty zostały zaakceptowane, a teraz siedzą z nimi nie mogąc ich wykorzystać w żaden inny sposób i bez większych widoków na to, że TVP jeszcze do nich wróci. I znając pana Jacka, trudno mu się nawet dziwić, że tak robi. On zawsze wiedział gdzie są prawdziwe frukta. Z tych małych nic nie wyciśnie. Duzi lepiej wiedzą jak się postępuje z ludźmi, od których zależy rozwój, albo nawet istnienie ich producenckiej firmy.

Więc choć pozornie nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że spotyka się prezes telewizji z producentem telewizyjnego kontentu, to jednak wygląda to cokolwiek dziwnie i mętnie. I to późnowieczorne dyskretne, bo bez innych osób z TVP, spotkanie będzie budziło kolejne pytania i podejrzenia. Przyznacie, że to sytuacja mocno mętna i zalatująca cokolwiek nieprzyjemnym smrodkiem różnych domysłów i wątpliwości.

Jakie haki ma ten człowiek na swoich partyjnych szefów to ja nie wiem, ale musi to być coś naprawdę mocnego. Bo jeśli kwitów nie ma, to widząc to jak kieruje Telewizją Publiczną, jak doprowadza ją do ruiny finansowej i wizerunkowej, jak bardzo razi swoją niekompetencją, brakiem znajomości rynku i potrzeb widzów, musiałbym powiedzieć, że jego partyjni przełożeni są po prostu głupi pozwalając mu na to wszystko. A nie chce mi się wierzyć w to, żeby byli głupi aż tak, i dlatego liczę, że go dla własnego dobra czym prędzej wywalą z Woronicza. I nam wszystkim robiąc tym samym dobrze.

Z profesjonalnego punktu widzenia nie wychodzi Kurskiem kompletnie nic. Jest klasycznym antymidasem telewizji. W TVP nie ma żadnego planu, nie myśli się latami tylko tygodniami, nie pracuje się nad koncepcjami, tylko zleca się doraźne tematy. I wszystko w znanym z czasów tzw. komuny trybie awaryjnym. Na już, na wczoraj i na chwilę. Koszmar.