Skrajna nielojalność prezesa Jacka Kurskiego wskazuje na to, jak dalece jest niepewny swojego trwania na stanowisku, które spełnia jego marzenia, i jak gorąco musiało się zrobić w jego gabinecie. Chociaż po tym co się dzieje w TVP trudno wyobrazić sobie, żeby komuś z osób, które zrobiły go prezesem jeszcze było mało.
Jacek Kurski gotów jest na każde świństwo nie tylko wobec wrogów – z tym nigdy nie miał problemu – ale również wobec swoich akolitów, ludzi którzy poszli za nim, i dla niego robią rzeczy skandaliczne. On, pan prezes zrobi wszystko dla siebie, dla swojej przyszłości i poświęci każdego, kogo opłacało mu się będzie poświęcić dla celu osiągnięcia. To człowiek cyniczny i bezwględny, o czym przekonali się ostatnio kolejni naiwni. Albo odpowiednio zdeterminowani.

 

On nie jest głupi i wie, że oddaniem i zapałem nie da się zastąpić profesjonalizmu, że oddanie i zapał to nie to samo co wiedza. Ale wie też, że do tego co on robi i nadal zamierza robić w TVP i czego się od niego oczekuje, nie są mu potrzebni profesjonaliści, ale właśnie ludzie oddani i z zapałem, którzy nie będą zadawać niepotrzebnych pytań, ludzie którzy będą mu zawdzięczali tyle, że nie będą chcieli ryzykować najmniejszego sprzeciwu. I tacy, których uda mu się upodlić tak mocno, że nie będą mieli innego wyjścia, niż trwanie przy jego boku.

Ostatnio udało mu się upodlić dyrektora TVP 1 i wszystkich, którzy dla niego kłamali w sprawie nieszczęsnego wydania „Pegaza”, spadłego z ramówki wg nich z „przyczyn technicznych”. I pani rzeczniczka prasowa, i kilka osób innych indagowanych na tę okoliczność. Po części nawet autorzy i prowadzący ów „Pegaz”, którzy bezpiecznie sprawę przemilczeli. Tak, oni też stanęli w trudnej sytuacji, bo ja na przykład mam dla takiej postawy brak szacunku. Bo przemilczanie prawdy też jest rodzajem kłamstwa. Ale oni przynajmniej w kolejnym wydaniu zabawili się trochę „problemami technicznymi”, co uznać można z mruganie okiem. Tyle, że do takich zabiegów, to się uciekać musieli twórcy w czasach tzw. komuny, kiedy grali w „Piekło niebo” z cenzurą. Teraz można chyba po prostu powiedzieć. Krzyknąć nawet. Ale oni to małe miki, i nie czepiam się, każdy jakoś tam się czasami musi schylić.

Natomiast to jak potraktował jednego ze swoich dyrektorów pan Kurski, to przejaw absolutnego braku szacunku wobec nich. To skrajna nielojalność wobec ludzi, którzy dla niego kłamali. Bo na kogo wyszedł pan Jan Pawlicki? Na wała wyszedł wielkiego. Albo delikatniej, na Łosia.

Przez kilka dni uparcie trzymał się wersji o "problemach technicznych", dawał im swoją twarz i swoje nazwisko. I nagle, bo tak było akurat wygodnie, wychodzi jego szef, imć Kurski i mówi: "Tak, to ja zdjąłem ów odcinek Pegaza, bo obrażał rodziny smoleńskie". Tak po prostu. Wyszedł i powiedział. Ciekawe jak tężała twarz pana Pawlickiego gdy to słyszał. I innych, którzy na wszystkie świętości zarzekali się, że to nie była cenzura. 
A przecież oczywistym było, że prędzej czy później wystawi swojego dyrektora i innych do wiatru, i potraktuje go, i innych, jak ścierę do wycierania po nim brudu. On się nie liczy z nikim, kto jest jakkolwiek od niego zależny. A poza tym musiał się po prostu pochwalić tym jaki jest nieprzejednany w walce o „dobrą zmianę” i „dobrą pamięć”, i jak bardzo Prezes całej Polski może na niego liczyć. Gdyby świat się nie dowiedział, że to on zdjął ten nieszczęsny odcinek, to nie mógłby przypomnieć tego, kiedy po wejściu dużej ustawy medialnej na nowo będą przydzielane funkcje i stołki. A widomo kto i na jakiej podstawie będzie nimi dzielił jak matka chlebem. 

Ciekawe też w jaki sposób - i czy w ogóle - przeprosił za odebranie resztek wiarygodności swojego dyrektora? Mam nadzieję, panie dyrektorze Janku, że było warto.