Po rozmowie z prezesem Kaczyńskim redaktor Michał Olszański poczuł się w obowiązku z niej przepraszająco wytłumaczyć. I to jest bardziej kuriozalne niż sama rozmowa, która przecież mieściła się w ogólnie przyjętych i akceptowanych standardach. Nie, nie chodzi o standardy w TVP, ale w śniadaniówkach. I szerzej, w rozrywce. A dziennikarska debata po rozmowie i przeprosinach dowodzi, że wygodnie nam w politycznych bąbelkach, i że nie ma widoków na lepszą przyszłość. Przynajmniej w mediach. Ale również o obłudzie i różnych miarach jakie przykładamy tam gdzie nam wygodnie. Niestety

 

 

 

Bardziej niż ocieplająca rozmowa Michała Olszańskiego z Jarosławem Kaczyńskim o kotach zasmuca mnie to, że redaktor poczuł potrzebę tłumaczenia się z niej. A jeszcze bardziej dziennikarska debata, w której zapanowało ogólne pomieszanie z poplątaniem, i w której nie ma miejsca na choćby próbę analizy zjawiska. Zamiast tego są już wyłącznie polityczne argumenty i oskarżenia o zdradę ideałów, i oczywiście jazda po TVP. A przecież... zastanówmy się.


Po pierwsze, tak po ludzku, jeśli pan Olszański czuł, że cała akcja z rozmowę jest zła, to mógł w ten deal nie wchodzić. Ale skoro już wszedł, to mógł darować sobie taką formę „cofki”, i po prostu przyznać, że to są standardy pracy w tym fachu. Nie, nie w TVP, tylko generalnie w rozrywce, której jako pan ze „śniadaniówki” jest częścią. Mógł może ewentualnie dodać, że jego czujność została stępiona przez lata pracy, w której właśnie tak się załatwia kwestie rozmów czy wywiadów. I – co ważne – że nie jest to w branży żadna tajemnica, a stosują się do niej również dziennikarskie tuzy.

Każdy kto próbował zrobić okazjonalną rozmowę z wielką gwiazdą - a w Polsce Jarosław Kaczyński jest taką gwiazdą, czy się to komuś podoba czy nie - musi godzić się na udawanie spontaniczności, jednocześnie prowadząc rozmowę w z góry ustalony sposób, i nierzadko z ustalonymi wcześniej pytaniami. Takie są standardy w „śniadaniówkach” i rozrywkowych programach na całym świecie. Z naprawdę nielicznymi wyjątkami. I jeżeli na coś powinniśmy się – ewentualnie – oburzać, to właśnie na to. Tyle, że przecież dobrze wiemy, że jest to pewien układ między widzami, którzy rano raczej nie chcą się wdawać w jakieś poważne rozważania – a jeśli chcą, to oglądają kanały publicystyczno-newsowe – a redakcją i całą telewizją, która właśnie na tym oddaleniu od negatywnych emocji próbuje zarobić.

Nie raz i nie dwa słyszeliśmy i czytaliśmy opowieści naszych nawet bardzo znanych „wywiadowców”, przyznających, że aby dostąpić zaszczytu spotkania tej czy innej gwiazdy, musieli przystać na bardzo konkretne warunki. Godzili się na to, i już. Albo dlatego, że zależało na tym wydawcy, albo dlatego, że sami chcieli spotkać się z idolem, albo dla wierszówki, tak po prostu. Jakoś nie dochodzą do mnie głosy oburzenia, że to wbrew dziennikarskim standardom, że to wstyd dla zawodu i ujma dla zawodowego honoru.

A zastanówmy się. Przecież mamy wtedy do czynienia z czymś, co z definicji dałoby się mocno skrytykować. Oto bowiem dla zaspokojenia własnej próżności, spełnienia marzenia o dotknięciu ręki swojego aktorskiego czy muzycznego idola dziennikarz porzuca zawodową ciekawość i wpisuje się w scenariusz pisany przez PR-owców gwiazdy. A redakcja - tak, to dopiero jest szacunek dla zawodu dziennikarza - wysyła swojego redaktora na takie spotkanie z pełną świadomością, że to nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem, że nie dowie się niczego czego już nie wie. I wreszcie, że nie będzie to materiał, z którego wynika cokolwiek, poza tym, że będzie można w zapowiedź programu wkleić znaną twarz, zwaną w środowisku „ryjem” licząc na to, że ta zajawka przysporzy dodatkowych kilka par oczu przed telewizorem czy internetowych kliknięć.

Czym więc różni się program z udziałem prezesa Kaczyńskiego od tych z udziałem zagranicznych gwiazd, które w studiu czy podczas nagrania odklepały przed wysłannikiem naszej telewizji swoje wcześniej przygotowane kwestie? Tym mianowicie, że wpisuje się w naszą polityczną młóckę. Bo na pewno nie stylem, ani rodzajem jej przygotowania z uwzględnieniem działu PR. A czy rozmowa z Donaldem Tuskiem, który z pewnością jest człowiekiem bardziej medialnym, na większym luzie i nie wymaga wielu piarowskich zabezpieczeń, w dowolnej śniadaniówce byłaby polityczną, pełnokrwistą i wnikliwą debatą? Pewnie, że nie. Zresztą, gdyby pogrzebać w archiwach, to okaże się, że politycy w śniadaniówkach już bywali, i zawsze były to wizyty lekkie, łatwe i przyjemne. Ktoś potem rozdzierał szaty?


Nawet w przypadkach gwiazd, które nie korzystają z piarowskich sztuczek i idą na żywioł, i tak obie strony wiedzą po co się spotkały. Wszak gwiazdy zawsze bywają łatwiej dostępne dla mediów w okolicach swojej płytowej, książkowej czy filmowej premiery. Dla prezesa Kaczyńskiego taką premierą są wybory, więc lansuje się gdzie i jak może.
Powtarzam, w śniadaniowych programach telewizyjnych tematy uzgadnia się przed wejściem do studia prawie zawsze.
I to o tym – jeżeli o czymkolwiek – powiedzieć powinien pan Michał Olszański, a nie tłumaczyć się z tej konkretnej rozmowy. Bo to zawsze jest teatrzyk, a tego dnia po prostu jedną z gwiazd był polityk.

Amerykańscy czy angielscy politycy często próbują takich sztuczek z odwiedzinami w popularnych programach, żeby pokazać swoje ludzkie oblicze. I nie jest przypadkiem, że politycy sprzyjający Trumpowi „robią za gwiazdy” w telewizjach należących do FOX, bo tam mogą czuć się bezpieczni, a inni lepiej mają w kanałach, które sprzyjają Demokratom. To nie było tak, że podczas kampanii wyborczej w USA pan Bill Clinton przypadkiem przechodził w pobliżu studia Jaya Leno z saksofonem i go do studia wessało. Z pewnością ani jednej nuty na tym saksofonie nie zaimprowizował. Ale prezydentem został.


Narzekać możemy więc na tworzenie medialnych bąbelków szczęśliwości, w których każdy z nas może żyć w permanentnym upewnianiu się w swoich jedynie słusznych racjach. To, że takie poruszenie wywołała rozmowa redaktora Olszańskiego z Jarosławem Kaczyńskim o kotach tylko dowodzi tego, że jesteśmy w poważnym medialno-etycznym kryzysie i dzielnie ciągniemy swój wózek nad przepaść.