To nie jest wpis o telewizji, ale o ważnej dla mnie sprawie, i powodowany głosem serca i rozumu. Dlatego pozwalam sobie umieścić go również tutaj.

Dowiaduję się o kolejnych zwolnieniach w GW i jest mi z tym bardzo źle. Każda firma może zwalniać, przyjmować itd., bo to jej biznes. Niby. Chociaż fajnie by było, gdyby jakoś tę odpowiedzialność za niepowodzenia podzielić? Przecież "nam nie jest wszystko jedno", przecież podpisując niektóre ważne, bardzo ważne teksty - choćby ten o poparciu dla Prezydenta Komorowskiego - słowem "redakcja" itd., szefostwo GW dawało do zrozumienia, że "jesteśmy jednością i spójną całością", 
Od kilku lat jestem już poza GW, jestem człowiekiem z boku, ale nadal jest mi bardzo blisko do wielu osób z wewnątrz. I zawsze będę miał do tej redakcji sentyment. Bo tak. Ale przez wiele lat widziałem jak się - nie, nie redakcja, tylko ówczesne Zarządy - doprowadza GW do coraz gorszego stanu. Jak miotali się niektórzy, i jak inni ślizgali się żeby na kilka kolejnych miesięcy zapewnić sobie trwanie. Pamiętam, że musiałem zgłaszać swoje pomysły - tak, bo tam była zawsze taka atmosfera, która wielu osobom kazała swoje pomysły zgłaszać do realizacji wewnątrz, dla dobra NASZEJ wspólnej gazety, firmy - ludziom, którzy na słowa "powinniśmy się za to wziąć już teraz, bo za rok będzie to standard" reagowali spokojnym: "oczywiście, ale czy ja wiem, czy będziemy tu pracowali za rok?". 
To nie jest "plucie do własnego gniazda". I nigdy nie było. Przy każdej okazji zgłaszałem pomysły, kłóciłem się starając reagować na koszmarne, albo tylko głupie pomysły na chwilowe poprawienie słupka celem przedstawienia się w lepszym świetle w giełdowym raporcie. Takie działania były owym pluciem, a nawet sr....m w gniazdo. 

 

Szkoda mi tych wszystkich osób, które muszą teraz, płacąc nie za swoje winy odejść. Dla części z nich nie ma życia poza Gazetą. Nie mieli innego życia, bo nigdy nie pracowali w innym miejscu, i cały czas utrzymywani byli w przekonaniu, że przecież "jesteśmy jedną rodziną". Nikt tego nie musiał mówić. To po prostu było wiadomo. Było. No, ale chcieliśmy kapitalizmu, to go mamy. I teraz musicie pamiętać, musimy, że nie ma czegoś takiego jak poczucie sensu i bezpieczeństwa. I pamiętajcie, że ŻADNA FIRMA, KTÓRA NIE JEST WASZA, NIE JEST WASZA!!! Niech nikt z nas zarywając noce za darmo siedząc nad projektem, który być może odmieni losy "naszej" firmy nie ma złudzeń. TO NIE JEST WASZA FIRMA, BO NIE JEST WASZA. Po prostu. I jak będzie komuś wygodniej wywalić z niej Was, żeby nie wywalić siebie, to Was wywali. Za każdą cenę. 

I tak, czytałem też refleksję jednego z komentatorów dotyczącą zdziwienia, że do dymisji nie podał się Jarosław Kurski. Przyznam więc, że też się temu trochę dziwię. Z całego szefostwa GW zmiana objęła wywalenie Wojtka Fuska, który akurat odpowiadał za tę część redakcji, która - chyba jako jedyna - rozwija się, czyli ogólnie rzecz biorąc cyfryzację treści itd. Kurde, naprawdę nikt z szefostwa nie ma poczucia porażki? Przecież oni też widzieli to co dzieje się z GW przez te wszystkie lata. Wiedzieli więcej, bo byli bliżej. Zgadzali się na kolejne cięcia, na to, że zyski z GW utrzymywały kolejne Zarządy i mając realny wpływ na te Zarządy, nie wymogli na nich dywersyfikacji przychodów itd. Przecież to oni pozwalali na to wszystko, i zgadzali się na kolejne zmniejszanie gazety, ograniczanie kolejnych dodatków, projektów itd. Nie, nie chodzi mi o to, że przez ostatnich pięć czy sześć lat, tylko od bardzo dawna, i przez ostatnie lata. Tak, myślę, że gdybym po latach przewodzenia wielkiemu zespołowi wielkiej gazety czy innego bytu musiał tak wielką część załogi wywalić, to chyba zacząłbym od siebie. I nie byłaby to ucieczka z tonącego okrętu, tylko przyznanie się do przegranej. Bo szczerze mówiąc, na tonącym okręcie najmniej jest potrzebny kapitan czy sztab cały, który próbuje okręt ratować wywalając kolejnych marynarzy w przekonaniu, że to świetny pomysł żeby statek jakoś tam utrzymał się na fali i dryfował od jednej mielizny do drugiej. Tak myślę. Ale pewnie są jakieś argumenty przeciw. 

Kurde, szkoda mi tych wszystkich ludzi. Nie, nie dlatego, że sobie nie poradzą. Oczywiście, że dadzą radę, bo - przynajmniej ci, których znam - są nieźli. Żal mi po prostu dlatego, że przeżyli koszmarne rozczarowanie, a nie są już dzieciakami zbierającymi niezbędne w przyszłości doświadczenie.