Maciej Pawlicki, autor i gospodarz programu „Studio Polska” napisał był dzisiaj na swoim twitterowym profilu, że: „Prezes TVP Jacek Kurski właśnie poinformował mnie, że >>musi odsunąć mnie od prowadzenia Studia Polska<<. Program znika. Dziękuję Wszystkim”. Krótko i treściwie. Ale to po pierwsze dopiero początek większego zamieszania, a po drugie przyczynek do kilku – przynajmniej kilku – refleksji. 
Bo jedno w tej historii jest pewne, Pawlicki nie stracił swojego programu za głupi żart.
Przecież gdyby takie „głupoty” jak rzucone od tak oskarżenie wobec tego czy innego działacza opozycji, nawet bez późniejszego dementi, albo ich „grillowanie” mało wybrednym komentarzem miało być dla Jacka Kurskiego problemem, to szefowa „Wiadomości”, pani Paczuska miałaby zakaz zbliżania do studiów TVP na bliżej niż kilometr, a przynajmniej kilkoro tamtejszych reporterów, prezenterów czy dziennikarzy chodziłoby po mieście z wilczym biletem. Oczywiście, że poszło o coś zupełnie innego. 
A konkretnie? 

 

 

 

Zacznijmy od samego zwolnienia Pawlickiego. Przypomnę, że kara spotkała go – przynajmniej oficjalnie – za to, że za daleko posunął się kiedy w ramach intelektualnej prowokacji odczytał na antenie fikcyjny komunikat o aresztowaniu Ryszarda Petru za szpiegostwo. Kilka minut później w programie „Studio Polska” wyjaśnił zdumionej publiczności w studiu u widzom, że to była tylko prowokacja, ale fala komentarzy i oskarżeń wobec jej autora poszła.

Przyznam, że sama prowokacja, a jeszcze bardziej późniejsze tłumaczenia Macieja Pawlickiego nie były ani mądre, ani dobre, ale czy to mógł być powód usunięcia programu z anteny na wieki? No pewnie, że nie. Przecież gdyby takie „głupoty” jak rzucone od tak oskarżenie wobec tego czy innego działacza opozycji, nawet bez późniejszego dementi, albo ich „grillowanie” mało wybrednym komentarzem miało być dla Jacka Kurskiego problemem, to szefowa „Wiadomości”, pani Paczuska miałaby zakaz zbliżania do studiów TVP na bliżej niż kilometr, a przynajmniej kilkoro tamtejszych reporterów, prezenterów czy dziennikarzy chodziłoby po mieście z wilczym biletem. Oczywiście, że poszło o coś zupełnie innego.

Maciej Pawlicki w TVP nie był na rękę Kurskiemu od dawna. Wie przecież pan Prezes, że to właśnie rzeczony Maciej Pawlicki miał okazję zostać prezesem TVP, bo on był pierwszym na to stanowisko kandydatem. Czy mógł mieć Kurski pewność, że nie będzie go więc podszczypywał? Nawet jeśli to sam Pawlicki propozycji nie przyjął, to spiskowo pałacowa mentalność Kurskiego nie pozwoliła mu przejść nad tym do porządku i zapomnieć.

Po drugie ów Pawlicki udowodnił, że można zrobić popularny, oglądany program publicystyczny nie szastając publicznym groszem. Bo jego program „Studio Polska” naprawdę miał niezłą oglądalność, a w sektorze publicystycznym, nawet bardzo dobrą. Nie wspomnę o tym, że był to chyba jedyny program, w którym – co prawda czasami konfrontowani byli ze ścianą – mogły pojawiać się zdania odrębne wobec obowiązującej myśli przewodniej wyznaczonej rozumem Szeregowego Posła PiS.

Maciej Pawlicki w swojej szczerej naiwności podjął nawet merytoryczną walkę z systemem, i przygotował niedawno wyliczenie, z którego wynika, że koszt pozyskania jednego widza w jego programie, jest trzydzieści razy mniejszy niż we flagowej produkcji „Dobrej zmiany”, „Mów mi mistrzu”. Naiwnie sądził, że zgłaszając te sprawy i poruszając wewnątrz firmy kwestie gospodarności i jakości oferty TVP, poczytane to zostanie jako przejaw troski o wspólne dobro połączonej z lojalnością wobec suwerena i jego przedstawicieli.

Ale w tych kręgach nie może być mowy o takiej krytyce. Tu każdy każdego podejrzewa, każdego zajmują myśli o tym kto pod kogo jest podwieszony, co knuje i dlaczego akurat teraz. Szybko idzie im wpadanie w spiskową paranoję, z czego wynika na przykład ręczne sterowanie aż do kilku pięter w dół partią przez Jarosława Kaczyńskiego i Telewizją Publiczno-Narodowo-Partyjną przez Jacka Kurskiego. Może ma tam jeszcze kilka osób, którym wierzy, ale bardzo bym się zdziwił, gdyby w tej chwili było ich więcej niż trzy, może cztery. A i oni zaufani będą do chwili, w której choćby przypadkiem spotkają się np. z ministrem Czabańskim na korytarzu, albo w lekarskiej przychodni.

Obłęd? Oczywiście.
I do tego wzmocniony świadomością, że wspomniany minister Czabański naprawdę robi wiele, żeby Kurskiemu uprzykrzyć prezesurę i zdjąć uśmiech niepewnego samozadowolenia z twarzy.

Kto kogo? Ostatnio szala przechyla się na stronę „opcji antykurskiej”, fotel prezesa zaczyna powoli się rozgrzewać i kłuć prezesowskie cztery litery. Po stronie jego przeciwników są twarde dane, brak realizacji obiecanych w procesie rekrutacyjnym planów, ramówkowa dezynwoltura, panosząca się na wielu polach amatorszczyzna, oraz brak dyscypliny finansowej i przejrzystości współpracy z zewnętrznymi i wewnętrznymi podmiotami. Wiemy jednak, że te wszystkie argumenty mogą okazać się nic niewarte, jeśli nie przekonają Jarosława Kaczyńskiego. Ale chyba i jemu niebawem cierpliwość się skończy.

Na razie na tym polu walki leży kolejna ofiara, Maciej Pawlicki. I nie jest to ofiara ostatnia, bo żadna ze stron łatwo nie zrezygnuje z lepszej (dla siebie) przyszłości. Rzecz jasna w obłędzie.

Codzienne Polecaje TV znajdziecie w dziale "Polecaj Codzienny"