Nigdy przez lata regularnego emitowania „Jaka to melodia” nie mówiło się i nie pisało o nim tak wiele. A wszystko za sprawą jednej zmiany i kilku facebookowych wpisów. Oto prezes Kurski zmienił udającego - fakt, że umiejętnie i z zawodowym wdziękiem - brata łatę, dżentelmena o złotym sercu Roberta Janowskiego, na obdarzonego chłopskim, mało wyrafinowanym, ale za to szczerym poczuciem humoru i pełnego wdzięku weselnego zapiewajły Norbiego.
Czy to zmiana zła? Wpisuje się w ogólną tendencję w TVP. To ta sama półeczka co niejaki Sławomir prowadzący swój piosenkowy show czy pełen uniżonej przymilności szansonista Rafał Brzozowski w odnowionym jakiś czas temu „Kole fortuny”. Jeśli tych dwóch się sprawdza, a podobno tak jest, to nie ma najmniejszego powodu, żeby nie udało się panu Norbertowi.

Chodzi o program, w którym po kilku dźwiękach gracze mają zgadnąć czy domyślić się cóż to za piosenka. Za każdą dobrą odpowiedź przydzielane są punkty liczone w złotówkach. A między kolejnymi odpowiedziami, przez studio, wśród zawodowo roztańczonej publiczności przewijają się tabuny krajowych i zagranicznych tzw. gwiazd. Teraz, w związku ze zmianą prowadzącego zmieniono również kilka zasad przydzielania punktów i zmieniono scenografię, żeby jeszcze lepiej pasowała do panującej w TVP dyskotekowej stylistyki. Ale wnikanie w regulaminowe zawiłości obrażałoby i Waszą i moją inteligencję. Przecież nie gra jest tu najważniejsza, tylko jak się ją ogląda i jak się jej słucha. Krótko mówiąc, chodzi o to..

 

 

JAK ONI TO ROBIĄ?
Mam to nieszczęście, że pamiętam pierwsze, bardzo smutne i żałośnie ubogie odcinki. Z dzisiejszego punktu widzenia, bo naonczas scenografia złożona z porozrzucanych niebieskich - jeśli dobrze pamiętam - baloników - zapierała dech w piersiach i wprowadzała w dygot księgowość TVP. Teraz pieniądza prezes Kurski nie pożałował, bo tą nową odsłoną „JKM” ma do załatwienia sprawę ważną. Musi udowodnić Janowskiemu, że to nie on stanowił o sile teleturnieju, i że bez niego może być lepiej. Stylistyka, światła i bieganie z kamerą przenosi nas do włoskich i niemieckich lat dziewięćdziesiątych. Może dlatego, że pan prezes uwierzył, że telewizję ogląda się już prawie wyłącznie z sentymentu za jej złotymi czasami. Coś w tym może być.
Ale skoro już mnie wzięło na sentymenty, to powiem Wam jeszcze ciekawostkę związaną z fenomenem - odwińcie sobie na YT, na pewno da się tam znaleźć coś z początków „JTM” - koszmarnie zblazowanej i totalnie nieenergicznej publiczności. Otóż była taka, ponieważ nie miała pojęcia z czego ma się cieszyć. Po prostu całą grę ze zgadywaniem piosenek itd. nagrywano osobno, i publiczność wśród balonów osobno. Dopiero w montażu składano to w niezgrabną całość. To były czasy co?

Czy pan Norbert sobie poradził?
Norbi to szołmen. Może nie jest to liga światowa szołmeństwa, ale kimże ja jestem, i jakie sam mam światowe sukcesy w swoim fachu, żeby akurat z tego go rozliczać? Na nasz szołbiznesowy grajdół talentu do rozbawiania ma aż nadto. I oczywiście można się obruszać, że żarty nieco grubawe, że trochę przaśne, ale paradoksalnie, właśnie to może stanowić o ewentualnym sukcesie.
Poza tym, wydaje mi się, że w przeciwieństwie do wymuszonej życzliwości pana Roberta, u Norbiego zauważyłem autentyczną radość, sympatię wobec gości i publiczności. Pewnie również dlatego, że cieszy się z wielkiej danej mu przez TVP szansy przypomnienia o sobie i nadziei na lepszą przyszłość. Ale tak, widać to, że go to bawi. A to już dużo. I właśnie tym szczerym entuzjazmem przekona do siebie widzów. Jestem przekonany. Włącznie z tymi, którzy przez pierwszy tydzień będą prychać z niezadowoleniem i tęsknić za eleganckim panem w średnim wieku. Chyba, że już o nim zapomnieli.

NAJSŁABSZE JEST
Jedno mi tylko nie dawało spokoju. To, że ci wszyscy uśmiechnięci wykonawcy piosenek, radosny pan Norbert realizowane jest równolegle z kolejnymi materiałami do Dziennika Telewizyjnego zwanego „Wiadomościami”, i oni wszyscy się z tym godzą, podpisują to wszystko swoimi uśmiechami i bawią się jak na jakimś pieprzonym Titanicu. I lista chętnych na tych kilka złotych jest nieskończona, cała masa jest zabiegających o to, żeby ich na nią wpisać. I to jest właśnie dla mnie trochę słabe. Pamiętam, że prezes Kurski zdjął z emisji spektakl tylko dlatego, że występuje w nim nieprawomyślna aktorka. Ale pamiętam niestety i to, że spowodowało to lawiny protestów, poruszenia wśród artystów.
Przepraszam, że przynudziłem, bo to w końcu tylko moje prywatne smutki, ale tę długą kolejkę oczekujących na zaproszenie uważam za rzecz słabą.

SZANSA NA SUKCES?
Mogą sobie prychać i kichać wszyscy malkontenci. Mogą narzekać esteci, których obraża widok uśmiechniętego bawidamka na tle ferii barw i świateł, że to niby takie prostackie. A ja Wam mówię, że to jest takie, jakie być powinno. Bo w telewizji muszą być programy edukacyjne, profesorskie rozważania, filmy do głębokiego zamysłu, i program dla tych, którzy po robocie chcą się po prostu rozerwać. Bez zastanawiania się i kombinowania. Poza tym prezesowi Kurskiemu tak zależy na sukcesie i daniu prztyczka w nos Janowskiemu, że programowi przydzielił nie tylko nowego prowadzącego, scenografię i rozmach, ale również miejsce w ramówce i częstotliwość emisji, którymi wciśnie się do domowych telewizorów żeby nie wiem co. Ja po obejrzeniu dwóch odcinków mam dosyć na jakieś dwadzieścia lat, ale jestem przekonany, że to będzie się oglądało.

(.onet 02.09.2018)