Kiedy ogłoszono, że głównodowodzącym nowego „TopGear” został prezenter radiowy i telewizyjny Chris Evans, wiadomość ta przyjęta została przez fanów show mniej więcej tak jak przed laty informacja, że nowym Bondem zostanie Daniel Craig. Fora internetowe są pełne płaczów, utyskiwań, wyzwisk oraz zapowiadanych prób samobójczych. W dodatku w sieci pojawiły się informacje o rzekomej chorobie lokomocyjnej Evansa (udokumentowane stosownym zdjęciem). Pisano również, że ma on problem z jednoczesnym prowadzeniem pojazdu i mówieniem do kamery, na czym do tej pory opierali swoje wyczyny dotychczasowi prowadzący. Ale wspominając te pojękiwania i narzekania, pamiętajmy, że kolejne Bondy z Craigiem nadal biją rekordy popularności, i zdobywają wielkie uznanie. 

Minął rok i 8 maja czeka nas premiera „Top Gear” w nowym kształcie. Ale zostaje kilka elementów łączących nowe ze starym. Nadal będzie Stig, i będzie sprawdzian gwiazdy w „samochodzie za rozsądną cenę”, ale tor, po którym ów samochód będzie pędził (Dunsfold Park w Surrey) został mocno rozbudowany. 

Podsumujmy zatem co wiemy o nowym Top Gear. I zastanówmy się jaką może mieć przyszłość. I sens. 

 

Kiedy rok temu byłem w Londynie na inauguracji 22. sezonu Top Gear nic nie zapowiadało, że kilka tygodni później program w kształcie, który pokochały miliony widzów na świecie przestanie istnieć. Kilkudziesięciu szczęściarzy, którzy zdobyli zaproszenia do pubu The Tabernacle w Notting Hill zobaczyło wyluzowanych prowadzących, żartujących a to z butów Jamesa Maya, a to wzrostu Richarda Hammonda czy w końcu z brzucha i wyczucia stylu Jeremy Clarksona. Ten ostatni zakończył spotkanie w charakterystyczny dla siebie sposób: „Kończmy już, bo musimy z Jamesem zapalić”. Ciąg dalszy wszyscy znamy - zobaczyliśmy osiem odcinków nowego sezonu, w międzyczasie Clarkson z głodu znokautował jednego z producentów za co wywalono go z BBC, koledzy powiedzieli, że bez niego to oni nie będą dalej pracować, i the end.
Od tego czasu możemy oglądać tylko powtórki poprzednich sezonów albo mniej lub bardziej udane kompilacje tematyczne. I to w dawkach, które można uznać za celowe działanie mające widzom obrzydzić ten format.

Minął rok i 8 maja czeka nas premiera „Top Gear” w nowym kształcie. Co prawda BBC zachowuje ciągłość numeracji sezonów, ale ten z numerem 23 będzie już zupełnie innym programem. Z doniesień prasowych wiadomo, że zostaje kilka elementów łączących nowe ze starym. Nadal będzie Stig, i będzie sprawdzian gwiazdy w „samochodzie za rozsądną cenę”, ale tor, po którym ów samochód będzie pędził (Dunsfold Park w Surrey) został mocno rozbudowany.

Podsumujmy zatem co wiemy o nowym Top Gear.

Głównodowodzącym został prezenter radiowy i telewizyjny Chris Evans. Zostało to przyjęte przez fanów show mniej więcej tak samo jak informacja, że nowym Bondem zostanie Daniel Craig. Fora internetowe są pełne płaczów, utyskiwań, wyzwisk oraz zapowiadanych prób samobójczych. Tym bardziej, że ostatnio w sieci pojawiły się informacje o rzekomej chorobie lokomocyjnej Evansa (udokumentowane stosownym zdjęciem). Pisano również, że ma on problem z jednoczesnym prowadzeniem pojazdu i mówieniem do kamery, na czym do tej pory opierali swoje wyczyny dotychczasowi prowadzący. Ale wspominając te pojękiwania i narzekania, pamiętajmy, że kolejne Bondy z Craigiem nadal biją rekordy popularności, i zdobywają wielkie uznanie.

Pojawia się jednak pytanie na ile to rzeczywiste problemy, a na ile budowanie zainteresowania „nowym” TG przez producentów. Podobne przypuszczenia ma...  James May, który zapytany o te problemy w porannym show telewizji ITV odpowiedział: „Będę brutalnie szczery: ja zrobiłbym tak samo. Udawałbym, że wszystko idzie koszmarnie źle. Czy na tym zdjęciu Chris wygląda na chorego? Błagam, ja jestem dużo bardziej wymięty podczas problemów żołądkowych”. Rzeczywiście, trudno posądzać o chorobę motoryzacyjną kogoś, kto uwielbia markę Ferrari i miał kilka razy zabrane prawko za zbyt szybką jazdę po brytyjskich drogach. Kogoś, kto był posiadaczem Ferrari 250 GTO za 12 mln funtów, a w garażu ma kilkanaście innych supersamochodów (oraz Fiata 126p!).

Tak czy siak o „Top Gear” zaczęło się znowu więcej pisać i mówić a BBC zaczyna bardzo intensywnie promować swoją nową gwiazdę (w BBC Brit, w piątek 4 marca o godz. 23:00 premiera show „Chris Evans: Byle do piątku”). Czy Chris Evans będzie dla Top Gear tak orzeźwiający jak Daniel Craig dla Bondów? Czas pokaże.

Zwłaszcza, że program będzie miał tzw. co-hostów. Kiedy usłyszałem, że jednym z nich będzie Matt LeBlanc, w Europie znany bardziej jako Joey z serialu „Przyjaciele”, uznałem to za desperacki ruch producentów w celu uratowania tonącego statku. Jednak po dłuższym zastanowieniu stwierdziłem, że to bardzo przemyślana decyzja. Po pierwsze Matt LeBlanc dla fanów Top Gear nie jest aż tak anonimowy – w końcu to facet, który wykręcił najlepszy czas w „samochodzie za rozsądną cenę”. A po drugie, „Top Gear” nigdy nie był popularny w USA tak bardzo jak w innych krajach. Pewnie po części dlatego, że Jeremy Clarkson w 9. sezonie przywiózł na dachu Chevroleta Camaro martwą krowę na kolację. Albo dlatego, że w tym samym odcinku panowie udekorowali swoje auta hasłami „Miłość mężczyzn rządzi”, „Muzyka country i western są do kitu”, „Hillary na prezydenta”, „NASCAR jest do bani” i „Jestem bi”. Zrobili to w Alabamie czyli w siedlisku ultrakonserwatywnych „rednecków”, co prawie skończyło się krwawym linczem i desperacką ucieczką do Luizjany.
Tak czy siak Matt LeBlanc to człowiek bardzo popularny w Stanach i jego zatrudnienie jest ukłonem w kierunku tamtejszej widowni. Zwłaszcza, że z wpisów na portalach społecznościowych można wywnioskować, że humor programu będzie opierał się m.in. na kontraście pomiędzy kulturą brytyjską, a amerykańską.

Kolejną prowadzącą jest Sabine Schmitz, kierowca rajdowy, nazywana „Królową Nürburgring” w związku z tym, że przejeżdża ten niemiecki tor około 1200 razy rocznie. Spekulowano, że Sabine była Stigiem po tym, jak swoją tożsamość ujawnił Ben Collins, ale tego nie dowiemy się pewnie nigdy. Tożsamość Stiga to tajemnica strzeżona bardziej niż Fort Knox i nie ma podstaw do podejrzeń, że w nowej serii ulegnie to zmianie.

Sześcioosobową ekipę prowadzących uzupełniają: Eddie Jordan - dziennikarz zajmujący się Formułą 1, były właściciel teamu F1 Jordan; Chris Harris – dziennikarz motoryzacyjny i kierowca wyścigowy oraz Rory Reid – dziennikarz motoryzacyjny.

Widać zatem, że tym razem BBC postarała się o dobre samopoczucie dla szerokiej rzeszy widzów – od Amerykanów po kobiety i Afroamerykanów. Wszystko zgodnie z zasadami politycznej poprawności.

Chris Evans zapytany czy program będzie tak kontrowersyjny jak przedtem odpowiedział, że „nie pozwoli na pojawienie się w programie żadnej kontrowersji czy szokujących treści tylko, po to aby zyskać rozgłos”. Dodał, że musi być „ostrożny”, ale „ostrożny nie znaczy nudny. Bo brak wyobraźni prowadzi do szokowania. A szok, to jest droga na dno.” Czyli nie spodziewajmy się raczej deklaracji a’la Jeremy Clarkson, np. o tym, że „jedyną grupą społeczną, którą można zgodnie z prawem dzisiaj lżyć są biali, heteroseksualni faceci”. Chris Evans zadeklarował za to, że ma plany budowy wielkiego parku tematycznego dla wszystkich wielbicieli „Top Gear”.

Duża część fanów z góry założyła porażkę programu w nowej formule. Ja jestem jednak ostrożny z ocenami przed obejrzeniem przynajmniej kilku odcinków nadchodzącego sezonu. Przyznajmy, że – chociaż wciąż uwielbiam ten program i jego dawnych prowadzących - poprzednia ich wersja programu zaczynała już zjadać własny ogon. Była coraz mniej oryginalna, za to bardziej przewidywalna.

Odświeżenie i zmiany przyszły w najodpowiedniejszym momencie. Zwolennicy teorii spiskowych twierdzą wręcz, że całe to zamieszanie było z góry zaplanowane. Ale zostawmy teorie spiskowe na boku. Mówimy przecież o produkcji firmowanej przez BBC, a to gwarantuje najwyższą jakość. I jako fan tria Hammond-May-Clarkson, przyznam się do tego, że na majową premierę czekam z niecierpliwością.

A co u starej ekipy?
Tymczasem u starej ekipy... la dolce vita. Panowie napompowani milionami funtów od Amazona kręcą spokojnie swoje show, które ma mieć premierę jesienią. Pytanie, czy kilkukrotnie większy budżet niż dotychczas przełoży się na świeżość? Zobaczymy. Z wpisów, które panowie umieszczają od czasu do czasu na portalach społecznościowych wynika, że wszystko idzie zgodnie z planem i scenariuszem. Pozwalają sobie również na drobne złośliwostki w stosunku do konkurencji („Powodzenia w próbie zmieszczenia wszystkich prowadzących Top Gear w studiu!”). Czy ich show będzie dla Amazon Prime tym, czym „House of Cards” dla Netflixa? Czas pokaże.

Cokolwiek by się nie wydarzyło będzie to miało dla nas, widzów, tylko pozytywne skutki. Do tej pory mieliśmy jedno wielkie motoryzacyjne show, które dawkowało nam świeży materiał w ilościach aptekarskich. Większość czasu byliśmy karmieni powtórkami. Teraz będziemy mieli dwa programy – i konkurencja między nimi daje nadzieję na bardzo wysoką jakość.

A tak Jeremy Clarkson uczył Chrisa Evansa

P.S. Informacja z ostatniej chwili – widziano Chrisa Evansa i Matta LeBlanca wyruszających spod siedziby BBC trójkołowcami Robin Reliant w barwach brytyjskich i amerykańskich na wyścig do Blackpool. Złośliwi twierdzą, że podpatrzyli pomysł u kolegów z Amazona – Clarkson, Hammond i May kupili wcześniej Relianty jako samochody służbowe. Ale tylko złośliwcy widzą w tym coś więcej, niż zbieg okoliczności.