Opole nareszcie, po wielu latach posuchy, błędnych wyborów i starań odnalazło swoje miejsce na naszym rynku i w naszej popkulturze. To jest nie tylko kierunek, ale wręcz gotowy szablon wg którego docinane powinny być wszystkie przyszłe opolskie festiwale, jeśli ta impreza ma przetrwać w ludzkiej świadomości, jeśli ma coś znaczyć i jeśli w ogóle ma mieć jakąś przyszłość.
Tym szablonem jest pierwszy dzień tegorocznej imprezy. Mundialowy. Wzór, nadzieja i świetlana przyszłość.
Przecież nie da się już nikomu wmówić, że opolski festiwal jest jakąś kuźnią talentów. Nie da się też zaprosić więcej tzw. gwiazd niż na swoich festiwalach gromadzi Polsat, więc trzeba znaleźć sposób. I on jest. Brawo.

 

Wydaje mi się, że nikt z takim rozmachem, przed dużą publicznością i wielką widownią nie zrealizował czegoś, co było tak genialnie złe, w każdym elemencie na scenie i w każdym pikselu telewizora. Że o głośnikach nie wspomnę. A to było takie właśnie. I dzięki współczesnej technice nadal jest i możemy do tego wracać po wielokroć. Udało się zrobić coś, w co nie dałoby się rady wcisnąć już żadnego, nawet najmniejszego elementu. Każdy dodatkowy wtręt mógłby już tylko zepsuć fenomenalny efekt, od którego nie można było oderwać ani oczu, ani uszu.

Widzieliście film „Sharknadoo” („Rekinado”)? To takie dzieło z Krainy Łowców Kiczu, w którym tornado tak kręci oceaniczną wodą, że wysysa miliony rekinów z oceanu i miota nimi po całym Miami. One w locie głodnieją więc tuż przed śmiertelnym zetknięciem się ze stałym lądem realizują swoją ostatnią wolę i zjadają każdego do kogo się zbliżą. Niektóre nawet kilka osób, bo okazuje się, że nie umierają bez wody, tylko kręcą się po mieście i gonią kolejnych nieszczęśliwców. Pewnie, że głupie do imentu, ale wciąga jak Włoch makaron.

Tymczasem w Opolu zaczęło się niewinnie. To była część przed meczem Polska – Chile, w której Maryla Rodowicz, Andrzej Dąbrowski i Bohdan Łazuka wsparci mniej lub bardziej żenującymi przygodami z kibicowską przyśpiewką przypomnieli znane mundialowe pieśni sprzed lat. Mimo starań niezmiennie i niezmiernie kiczowatego jak dorodny filmowy rekin Rafała Brzozowskiego wydarzenie nie zapowiadało się jeszcze na tak doniosłe, jakiego mieliśmy doświadczyć już niebawem. Chociaż przyznam, że niezborna i abstrahująca od muzyki melorecytacja niejakiego Libera sklecona z najprostszych i najbanalniejszych rymów mogła co nieco pobudzić naszą wyobraźnię. Jako i wypowiedzi towarzyszącej wychodzącemu ze skóry, którą tym razem stanowiła gustowna, choć przyciasna marynarka Brzozowskiego pani Izy, w rodzaju: „pan Dąbrowski uskutecznił swój wielki mundialowy przebój”, czy „na scenie robi się coraz goręcej, bo za moimi plecami robi się coraz głośniej

Ale ten mistrzowski koncert, wzorzec dla wszystkich przyszłych, to ten, który rozpoczął się już po meczu. To konkurs na mundialową piosenkę, która miałaby stać się oficjalną pieśnią naszej reprezentacji i kibiców. Pamiętacie jeszcze „Koko koko euro spoko”? No to o wylansowanie kolejnego takiego koszmarka miało chodzić.


Coś w rodzaju artystycznego poziomu konkursowej części wyznaczył wspomniany już Rafał „Ja pie..., ale jestem fajny” Brzozowski. Pewnie reżyserowi chodziło o to, żeby na tle jego wykonu reszta wydawała się lepsza niż jest, bo po co jeszcze mieliby go zaprosić do śpiewania? A potem pan Kurzajewski zażartował, żeby z siedmiu zbliżających się do sceny utworów wybrać piosenkę najlepszą. Świetny żart. Chociaż żeby w pełni móc docenić jego siłę, trzeba było przebrnąć przez wszystkie wykonania.

Z kolejnymi piosenkami czy może skeczami - to rozstrzygnąć muszą już tęższe głowy – wychodzili kolejni desperaci ze swoimi propozycjami. Niemal wszyscy prosto z pobliskiej Biedronki, w której zabezpieczyli się w najważniejszy atrybut śpiewającego kibica, szalik.
W Biedrze nie byli chyba tylko zawodowcy z zespołu Pectus. Oni w tym czasie bili osobę, która namówiła ich do udziału w tym konkursie.


Parada wyskakujących z oceanu rekinów to m.in. zespół InoRos, którego przedstawiciel nawoływał „Dawaj dawaj dawaj, strzelaj lub podawaj” o czym dowiedziałem się dopiero jak na chwilę nawoływanie zwolnił, żeby dać się zrozumieć. Niepotrzebnie. Potem pojawił się niejaki Adam Rudnicki każący nazywać się Rudnikiem z piosenką „Twój dzień”. Wierzę, że jest młody, bo dało się zobaczyć i wierzę, że jest utalentowany, bo mi to pan Patyra powiedział. O talencie przekonywał miotając się po scenie od jego końca do drugiego końca. Nie dało się go zrozumieć, bo okazał się mądrzejszy od występującego dzień później aktora Karolaka i na wszelki wypadek przyciszył sobie mikrofon, albo tylko poruszał młodymi i utalentowanymi ustami, dzięki czemu nikt zarzucić mu teraz nie może, że mu źle poszło. Ja uważam, że poszło mu wspaniale. Chłopina co prawda musiał się nabiegać, ale skoro jest młody, to niech biega. Wystąpiły też OrłyPL. To było grillowo świetlicowe granie niegodne wielkiej sceny, za to świetnie wpisujące się w poetykę festiwalowego „Rekinado”. Poza tym widać po nich było takie przejęcie i taką przyjemność, że nie potrafię ich krytykować.


W internecie, na fejsbukach i innych tłiterach szaleństwo. W telewizji nie istnieje nic innego, bo nawet ci, którzy na co dzień chwalą się niezłomnym bojkotem TVP, nerwowo próbują sobie przypomnieć jak na pilocie dekodera czy telewizora odnaleźć właściwy klawisz. Oczywiście tłumacząc wszystkim, że to tylko tak na chwilę, dla beki. Ale nie ma się co wstydzić. Dobre rzeczy trzeba umieć docenić. A ten koncert był przecież naj-lep-szy!


Wicher jakby ucichł, ale była to tylko chwila ciszy przed kolejnym porywem. Oto bowiem kolejna trąba powietrzna z odmętów rozbrajającej nieporadności wyssała grupę Kombi pana Łosowskiego z mozolnie wystruganym ze skóropodobnego tworzywa klonem pana Skawińskiego na wokalu. Żeby dopełnić dzieła zagłady na scenę razem z zespołem wczłapał się mało wdzięczny i dźwięczny męski chórek, który – uwaga, jadę ejdżyzmem – tak był wiekowy, że gdyby panowie rodzili się jeden po drugim, to pierwszy z nich wyłoniłby się z chaosu, a ostatni żywota dokonałby na pokładzie kosmicznego krążownika „Enterprise”. „Ooooooo polska drużyna... oooooo się nie zatrzyma... my na stadionach i w naszych domach...”. Rekin mlasnął.


Kolejne etapy wiekopomnego dzieła, czyli np. niejaki Blondyn wsparty „Polskimi Fanami z Irlandii” również były bez sensu, ładu i składu, ale łączyła je desperacja i fenomenalnie wpisujące się w całość zapowiedzi czwórki prowadzących. Dawali z siebie wszystko.

Jednak wszystko co dobre, koniec ma swój niestety. Skończyła się więc i siódma, ostatnia propozycja. Wydawało mi się, że kiedy imć Brzozowski za oglądanie dziękował dwóm wykluczającym się grupom, czyli sympatykom muzyki, i „tym którzy wzięli udział w głosowaniu”, byłem już pełen szczęścia. Myślałem, że lepiej być już nie może.
I wtedu na scenę wkracza on, cały rozświetlony miłością własną Duży Truba, czy jak kto woli Krzysztof Krawczyk. I to ze swoim bazarowym przebojem „Lewandowski orzeł Polski”. W tym momencie poczułem się absolutnie szczęśliwy, jak Robert Górski podczas słynnego skeczu „Jerzyk dzisiaj nie pije”. Po prostu jakby mi sam Jezusek bosą stópką przeszedł przez ucho całe.

Mogłem już zasnąć. Szczęśliwy.