Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja popełniam błędy. Patrzę na drugi sezon "Pozostawionych" w HBO, i utwierdzam się w przekonaniu, że tamtejsi producenci w poszukiwaniu niezwykłości, która stała się cholernym fetyszem, pożerają nie tylko swój ogon, ale sięgają już nawet tyłka. I wyciągają stamtąd pomysły na sceny i chyba dopiero potem montują je w według jakiegoś algorytmu. Już nawet śmiać mi się z tego nie chce ‪#‎wTelewizji‬

Mam nadzieję, że to nie jest początek większego problemu, ale bywa coraz bardziej irytujące. Niemniej wydaje mi się, że rozgryzłem ten serial i wiem już (nareszcie) o co w nim chodzi.  

 

 

Przypominam, że poszło o to, że nagle ze świata znika 2 proc. ludności. Jakieś 140 milionów osób. Zniknęli i już, nie ma. I tak zostali do tego zniknięcia dobrani, że każdej na świecie to dotknęło w mniejszym lub większym zakresie rodzinę. Pozostali starali się więc odnaleźć w nowej rzeczywistości. I radzili/radzą sobie z tym na bardzo różne sposoby. No bo takie zniknięcie co pięćdziesiątego człowieka (w różnym wieku, różnego wyznania, rasy i tzw. statusu społecznego) można różnie interprtetować. A to, że do piekła poszli, albo przeciwnie, że to byli wybrańcy. I każda interopretacja będzie miała swoje konsekwencje, bo jeśli ci zniknięci zostali wybrani, to czy ci pozostawieni gorsi są jacyś i przeznaczeni na śmierć w ogniu spektakularnego końca świata? A może świat został oczyszczony ze złych ludzi, z tych, którzy mogli świat ten zniszczyć. Ale czy to oznacza, że zostali sami "dobrzy ludzie"? Wszystko jest możliwe. Ludzie więc radzą sobie z żałobą i zniknięciami na swój sposób. Każdy inaczej przechodzi traumę. Niektórzy na przykład jarając na potęgę. Taka sekta, w której nikt się nie odzywa, komunikują się pisząc na kartkach, i cali są na biało odziani. Inni widzą dziwne rzeczy, mają majaki, kłopoty ze snem i lunatykowaniem. No i takie tam, w tym ktoś, kto przypominać ma samego Jezusa.

W tej serii przenosimy się do miejsca w Teksasie, w którym nie zniknął nikt, co oczywiście uznane zostało za cud. Do miasteczka przyjeżdżają wycieczki i pielgrzymki. Ogrodzone jest miasteczko, żeby dzikich lokatorów nie przybywało, bo przecież to miejsce niemal święte i pół świata chciałoby się tu przenieść, żeby nie zniknąć. I do tego właśnie miasteczka przenosi się akcja serialu i kilkoro ze znanych wcześniej bohaterów, Na przykład pan pastor i pan szeryf z rodzinami. I oczywiście jest tajemniczo, i rzecz jasna masa dziwnych widzimy zachowań i niedopowiedzeń. Jest też... Ale na drugą nóżkę mamy wątek żony głównego bohatera, która teraz zajmuje się wyciąganiem innych zagubionych ludzi z sekty, i... No, ale to już sami zobaczycie, jeśli zdecydujecie się na tę wątpliwą przygodę. 

W serialu roi się od symbolicznych scen, które służą wyłącznie temu, żeby utrzymywać widzów w przekonaniu, że gdzieś tam na końcu będzie jakieś wielkie scenariuszowe bum. Żeby widzowie mogli wciąż mieć nadzieję, że nie tracą czasu próbując zrozumieć o co chodzi. Ja chyba już zrozumiałem.  

Chodzi mianowicie o to, że o nic nie chodzi, i w scenariuszu trzeba to sprytnie schować pod stertą "wymownych", "artystycznych" scen i mruganie okiem, żeby o nich pamiętać, bo w ostatnim odcinku będziemy je wszystkie wyjaśniać. Po niedawnym "Detektywie 2" i po "Pozostawionych" nabrałem przekonania, że jakiś mentalny starzec podpisuje tam kolejne projekty, które wydają mu się dziwne i których nie rozumie, bo ma nadzieję, że skoro on tego nie pojmuje, to znaczy, że musi być nowoczesne i się ludzie zachwycą nowatorską formą i treścią.