To jaki miał być ten nowy "late show" Ziemkiewicza i Gocieka w TVP2?
Od Kurskiego słyszałem, że a) dobry, b) zabawny, c) ciekawy, d) wyjątkowy
Otóż udało się tylko D. Jest ów program bowiem wyjątkowo niedobry, wyjątkowo niezabawny i wyjątkowo nieciekawy. A nawet wyjątkowo niewyjątkowy, więc D udało się bardzo.

I uwaga. Zadałem sobie trud i policzyłem na planszy. Oto nad programem pracowało 68 osób, plus zespół i śpiewacy, plus "współpraca producencka "Revolta sp z o.o.". Jeśli ciekawi Was dlaczego tylko tyle osób miało płatne zajęcie przy programie, w którym na tle fototapety dwaj panowie siedzący za przysposobionym do udawania biurka kartonem pytają trzeciego pana siedzącego na sofce, to wyjaśniam. Bo w TVP tak właśnie oszczędzają. 

 

Jak bardzo trzeba nie rozumieć, i jak bardzo nie lubić telewizji, żeby coś takiego sfinansować i wpuścić na antenę?

Program, jeszcze podczas wiosennej konferencji ramówkowej przedstawiany był przez prezesa Kurskiego jako dynamiczny „late show”, oparty na wykorzystaniu charyzmy panów Gocieka i Ziemkiewicza. O ile ten drugi, przy całego mojego doń braku sympatii potrafi przyciągnąć uwagę, o tyle znalezienie cienia medialnej charyzmy u pana Goćka zapewne sprawi Wam trudność.
W każdym razie miał to być „late show”, w którym miało nie zabraknąć także kontrowersji. Te miał gwarantować wspomniany pan Ziemkiewicz. Niestety na nagranie przyszedł trzeźwy, więc się z kontrowersjami nie udało.

Ale podczas wspomnianej konferencji zapowiadającej ramówkę, czyli na dwa tygodnie przed premierą programu, nie był znany ani tytuł tegoż, ani nawet – jak się okazało – jego scenariusz. Co pokazuje jak pracuje się i planuje w TVP, ale o tym może innym razem i z innymi przykładami. W materiałach już bezpośrednio poprzedzających premierę, dział promocji TVP nadludzkim wysiłkiem zdobył jakiś element scenariusza i wysłał opis, w którym nie ma ani słowa o zapowiadanych wcześniej kontrowersjach, ani o tym, że będzie to forma podsumowania i skomentowania politycznego tygodnia. Było za to o tym, że:

„Wśród gości znajdą się uczeni, artyści, społecznicy, nauczyciele, przedsiębiorcy i sportowcy. Widzowie przyjrzą się ich losom i dokonaniom przez pryzmat rodzinnych korzeni oraz osobistej historii od dzieciństwa poprzez młodość po wiek dojrzały. Historie rodzinne zostaną ukazane na tle historii Polski. Ilustracją są archiwalne materiały filmowe, sondy uliczne i prezentacja rodzinnych albumów.”

Potem jeszcze było coś o występach artystycznych.

I skończyło się na znanym z późnego PRL i lat 90. Jako tako wolnej Polski formacie, w którym dwóch panów wymienia zasługi gościa. Bez cienia napięcia, bez chronologii jakiegoś scenariusza, tempa, życia w ogóle. Taka „rozmowa z ciekawym człowiekiem” też może być fajna. Nie trzeba skakać i rzucać żartami, żeby było lepiej. Ale nadawać takiej rozmowie formę talk show to aberracja. Że o rozrzutności nie wspomnę. Po cholerę te przestrzenie? Po kiego to kiepawe zadęcie? Gdzie tu jakikolwiek klimat, pomysł, wyjątkowość, za którą warto by było zapłacić?
Żeby chociaż czerpali z PRL-owskiego dorobku Telewizji Polskiej z rozumem. Przecież tam jest cała masa formatów, które lepiej by się nadawały. Włącznie ze scenografią.
A tak, pomiziali się w męskim trójkąciku, poopowiadali kto którego z panów za co lubi najbardziej, wyświetlili kilka filmików z wypowiedziami bliskich i znajomych, posłuchali rozdzierających kilku pieśni i rozeszli się do domów, nie do końca jednak wyjaśniwszy po co się zebrali, dlaczego akurat z panem Kukizem i do czego to wszystko miało doprowadzić? 

Pozatrudniał sobie prezes Kurski kolegów, obudował się siatką swoich zaufanych ludzi, którzy co prawda nie potrafią nic stworzyć, za to sprawiają wrażenie wiernych, więc mamy takie przypały jak to „Przybliżenie” czy inny koszmar „Jest okazja”. A to przecież nie ostatnie wykwity tamtejszej kreatywności. Niektórzy tak tam robią, bo inaczej nie potrafią, inni godzą się na kretyńskie pomysły i rozwiązania, bo muszą coś robić. I pchają, pchają dzielnie tę tak ważną instytucję ku przepaści. Coraz częściej, mimo mojej wiary w sensowność mediów publicznych mam myśl, żeby wreszcie już zepchnęli ją i z nią polecieli.

I na koniec. Smaczku dodaje fakt, że premiera koszmarnie wtórnego, nudnego i banalnego „Przybliżenia” odbyła się w dniu, w którym do rąk pana Roberta Makłowicza dotarło wypowiedzenie współpracy. Co ma swoje symboliczne znaczenie.