Oglądałem program "Jest okazja" w TVP 2, czyli hucznie i dumnie zapowiadaną przez prezesa Kurskiego rozrywkową nowość mającą powalić konkurencję na kolana i wyznaczyć nowe standardy telewizyjnej rozrywki.

Oglądałem zawodowo, ale z ciekawością, bo zapowiadano to jako coś, co warto będzie oglądać. Niestety wyszło tak, że oglądałem tylko zawodowo, i absolutnie bez przyjemności. 

To miał być benefis??? Przecież to była jakaś cholerna bezalkoholowa stypa w scenografii niesławnej pamięci „Telewizyjnego koncertu życzeń” i z wykorzystaniem fragmentów scenariuszy niegdysiejszych akademii „ku czci”.

 


Najkrócej mówiąc, „Jest okazja”, to rodzaj benefisu. Gwiazdą pierwszego odcinka była pani Halina Frąckowiak, a okazją były jej 70. urodziny, i pewnie jakaś forma podziękowania za poparcie przez nią nowej władzy kiedy ta starała się nową władzą zostać.

To miał być benefis??? Przecież to była jakaś cholerna bezalkoholowa stypa w scenografii niesławnej pamięci „Telewizyjnego koncertu życzeń” i z wykorzystaniem fragmentów scenariuszy niegdysiejszych akademii „ku czci”. Od niemrawego początku, przez ziejący nudą środek, aż do banalnego końca miałem wrażenie, że wszyscy zaproszeni goście dostali przed nagraniem informację, że panią Halinę Frąckowiak drąży ciężka i w dodatku nieuleczalna choroba, i zebrali się, żeby dać jej w związku z tym swoje wsparcie, i wysłać w podróż do stwórcy z miłością i godnością. Podchodzili do niej kolejni z takim smutkiem w oczach i każdej innej części swego bytu, z taką troską się do niej odnosił, że w pewnym momencie przyłapałem się na tym, że i ja zacząłem jej współczuć. Nie wiem czego, ale nie wyglądało na to, żeby działo się z nią coś dobrego.

Prowadzący niemal wprost powiedział to na początku. A gdyby pozwolili mu usiąść na jednej z panią Haliną sofie, na pewno ująłby jej dłoń w swoje dłonie i zaczęliby płakać. Jak bonie dydy, zaczęliby płakać. A ja pewnie z nimi.

Nie można było zrobić tego ani nudniej, ani bardziej nijak, ani gorzej. To była przerażająca „przygoda”. Brak tempa, brak energii i w ogóle życia.

Kolejni wykonawcy wchodzili na scenę z jakąś chorą nabożnością i wspominali smętnie. Nie zważając, że bohaterka „imprezy” siedzi tuż obok, wygłaszali jakieś cmentarne komunały o tym, że to dobra kobieta była, że artystka z niej była znakomita i inne rzeczy w podobie. Bardziej benefisowo wypadają spotkania w studiu TVP Kultura przy okazji „Niedzieli z…”. A taniej.

Ciekaw jestem ile to kosztowało, ale nie będę pytał – chociaż wiem kogo by można -  bo ciśnienie mam ostatnio i tak wysokie. A przecież ile by nie kosztowało, to grosza szkoda. Zwłaszcza, że można to było nagrać w kameralniejszych okolicznościach, w mniejszym studiu czy kawiarence. I już ten mały zabieg, dzięki któremu publiczność byłaby bliżej i stałaby się częścią widowiska dałoby małego kopa przedsięwzięciu. Ale nie, lepiej porozsadzać ją rzadko po dużym studiu i schować w półcieniach, jak na „koncercie pieśni rozpaczliwej”, żeby tym przydać wrażenia doniosłości. Dupa tam! Nie udało się.

Jedyne co różni tę produkcję od produkcji telewizji Trwam, to więcej kamer, większe studio, lepsze światło. No i tyle. Reszta się zgadzała, bo nawet uśmiechnięta osoba duchowna się znalazła żeby uświetnić. Ale tam, robią to taniej, i nie udają, że to superprodukcja super telewizji.

Żal wielki. A przecież TVP ma w swoich zasobach znakomity benefisowy format. Przez lata organizowane były i prowadzone przez Krzysztofa Jasińskiego w krokowskim Teatrze STU. Oczywiście nie trzeba, a nawet nie można przenosić tego jeden do jednego, ale jeśli ktoś w TVP szukał sposobu na zabawę z okazji, że „jest okazja”, to w tych krakowskich, przez lata prezentowanych w TVP imprezach widać o co chodzi w takich programach. I – co ważniejsze – jak to się robi, że ludzkość może się bawić. Bez zadęcia, bez nadęcia i bez poczucia zakłopotania.

Jeśli tak ma wyglądać ta nowa rozrywka w TVP, to zleje nam się w jedno siermięga różnych obchodów z czymś co ma być do zabawy.  

Nie chodzi o to, żeby zrobić z „Jest okazja” dyskotekę, włączyć szalejące stroboskopy i dołożyć rzucanie tortami po ryjach. Ale litości! Tego się nie dało oglądać. A sprawdziłem to również u dwóch bardzo lubiących panią Frąckowiak mocno starszych paniach, żeby nie było, że o takim targecie zapomniałem. Jedna z tych pań dowiedziawszy się ode mnie, że będzie taki program, nagotowała sobie nawet herbaty, żeby nie musieć od odbiornika wstawać. Tak ją lubi, tę Frąckowiak. I co? I w trakcie programu ta właśnie pani zadzwoniła pytając mnie czy jej ulubiona piosenkarka nie jest aby chora i nie żegna się tym programem ze światem? (tak, to ta pani zwróciła mi uwagę na to, że to tak może wyglądać) – Ależ nie, ona urodziny obchodzi właśnie – odparłem. – O matko, to ona musiała mieć bardzo smutne to życie.
Druga pani do mnie nie zadzwoniła, więc po programie zadzwoniłem do niej ja. – A weź daj mi spokój! – zaatakowała mnie bez bawienia się w jakieś kurtuazje – Ty mnie chyba naprawdę masz za jakąś stetryczałą babę!” Potem mówiła jeszcze przez chwil kilka, ale rzeczy przykre i dla mnie i dla pani Haliny, chociaż to przecież nie była wina pani piosenkarki, że to takie było słabe.

Teraz zastanawiam się, czy po obejrzeniu tego czegoś, bracia Cugowscy, którzy mają być następni, nie zaczęli zastanawiać się czy nie zgodzili się na udział za zbyt małe pieniądze. Chociaż z drugiej strony, wielkiego wstydu nie będzie, bo jakoś nie spodziewam się, żeby przed telewizorami zasiadły tłumy. Nawet uwzględniając liczność rodziny Cugowskich.

Krótko mówiąc, była okazja, i jak dla mnie, to już po niej. No, chyba że chodziło o okazje na coś innego niż program. 

Polecam Codzienne Polecaje TV "Polecaj Codzienny"