Otóż Rinke Rooyens, po kilkusezonowej peregrynacji więziennej, którą można było oglądać w Polsacie, wyszedł na warszawskie ulice by na jesienne wieczory dla TTV łowić bezdomnych, i spróbować ich z tej bezdomności i nałogów wyciągnąć. Idzie więc ów Rinke, wybiera pośród bezdomnego tłumu co bardziej charakterystyczne, wróżące jakąś ekranową energię postaci, rozmawia z nimi i oferuje szansę na lepszą przyszłość.
Jedni wyciągniętą rękę przyjmą od razu, nad innymi trzeba będzie popracować dłużej, a jeszcze inni szansę swoją zadeptują. Życie.
I z grubsza o tym jest ten program. O tym, że bezdomni to też ludzie, i o tym jak fajny jest Rinke Rooyens. Znam go trochę, i naprawdę jest fajny. Chociaż straszny choleryk. Ale gdybym na tym skończył opowiadanie o programie, to pies z kulawą nogą by nie włączył. Wiem, bo mam takiego psa

 

JAK ONI TO ROBIĄ?
Czy jest w tym cyklu coś odkrywczego? Pewnie, że nie ma. Po ulicach miast i w Polsce i na całym niemal świecie codziennie i każdej nocy chodzą anonimowi streetworkerzy starający się w miarę swoich możliwości pomagać bezdomnym i uzależnionym. Nie mają dużo pieniędzy, nie mają kamer i możliwości takich jak Rinke, ale mają wielkie serca, trochę odwagi i trochę czasu.
Reporterska forma też znana, ale pozwala na prawdziwe zbliżenie do bohaterów i zdejmowanie z nich kolejnych warstw obłędu, którym odgradzają się od reszty świata. I to dzięki niej realizatorzy mogą pozwolić sobie na więcej.
A, że wykorzystują tanie tricki wymuszające na widzach wzruszenie? Pewnie, że przesłanie, że każdy zasługuje na drugą szansę, że lepiej dać wędkę niż rybę, a jeszcze lepiej podać rękę, jest truizmem. Pewnie, że facet płaczący na wspomnienie córki może wydawać się tanim chwytem, ale miejmy trochę wiary w człowieka. Serialowi i widzom dobrze robią te emocjonalne podkrętki. I założę się, że każdy z krytyków takiego zabiegu, jeszcze dłużej by jojczył, gdyby Rinke zaproponował odcinki z niemontowanymi półgodzinnymi monologami swoich bohaterów.
Poza tym doceńcie brak koszmarnego, obecnego w niemal wszystkich programach typu reality lektora nieznośnie „ubarwiającego” i tłumaczącego co akurat widzimy. No wiecie: „tymczasem Robert postanowił sobie zapalić”. Niech ów dalej obskakuje panią Gessler i kretynizmy w rodzaju „Damy i wieśniaczki”.

NAJMOCNIEJSZE JEST
O ewentualnym sukcesie cyklu i tak decyduje Rinke Rooyens, który z niewymuszoną swobodą i bez cienia protekcjonalności rozmawia z ludźmi jak z ludźmi. A przecież łatwo możemy sobie wyobrazić, że „gwiazdą” programu byłby dziennikarz, który z wypisaną na twarzy troską oprowadzałby nas po niedostępnym świecie bezdomnych i uchylał nam kolejne jego tajemnice niczym Bogusław Wołoszański na poligonie w Orzyszu.
Imć Rinke tego uniknął, w czym a pewno pomaga mu osobiste doświadczenie. Bo Rinke Rooyens jest nie tylko człowiekiem zamożnym, właścicielem jednej z największych w Polsce firm produkującej programy dla telewizji (m.in. „Taniec z gwiazdami” czy „Voice of Poland”), ale również człowiekiem po przejściach z wszelkiego rodzaju używkami. Stąd pewnie jego zapał i chęć naprawiania świata. Jak u prawie każdego, kto przeszedł ozdrowieńczą terapię. I jest pewnie też jego sposób na radzenie sobie z własnym problemem. Moim zdaniem niezły. I dodaje mu wiarygodności. Tak, uważam że Rinke jest bardzo mocnym, jeśli nie najmocniejszym elementem tej układanki.


NAJSŁABSZE JEST
Przy całej mojej do tego projektu sympatii, to taki tytuł mógł sobie darować. Na jakiej znowu on się znalazł krawędzi? Tytuł sugeruje jakieś niebezpieczeństwo, może jakiś dramatyczny przełom w życiu tytułowego bohatera. A tutaj jest po prostu rzetelna streetworkerska robota przy udziale kamer i dźwiękowca. Słuszna i uważam, że bardzo potrzebna, ale do krawędzi to się imć Rinke nawet nie zbliżył.
Na krawędzi to balansował ongi Cezary Ciszewski realizując dokument „Wolność jest darem Boga” o narkomanach mieszkających w jednym z warszawskich squatów. To była nawet nie krawędź, a brzytwa, na której niestety Cezary pionu nie utrzymał i niechcący, ale za to bardzo dramatycznie sam stał się bohaterem swojego filmu. To było życie na krawędzi i po obu jej stronach.

SZANSA NA SUKCES?
Czy „Rinke. Na krawędzi” będzie miał dobrą oglądalność? Ma potencjał, bo są to żywe emocje, nerwy i prawdziwe ludzkie historie. One oczywiście nie wygrają z docusoupami w dużych stacjach, ale w mniejszej telewizji, takiej jak TTV mogą się sprawdzić. Przy ciągłym przypominaniu, że są. Ale szału nie będzie, nie przyłoży się do wzrostu sprzedaży telewizorów. Bo musimy zadać sobie podstawowe pytanie: „Kogo to k... obchodzi?” A może jednak? Przecież na tle monotonnej pararozrywkowej papki wydaje się małą perełką normalności. Nie czepiajcie się więc, tylko jeśli chcecie, żeby telewizja nie skretyniała całkiem, nabijajcie oglądalność m.in. takim programom, żeby wywołać zmianę ogłupiającego trendu.
(.onet 05.09.2018)