Imperatyw sylwestrowych szaleństw jest tak wielki, że delikwent zostający w domu ma dziwne poczucie, że jest niechciany, niekochany i w ogóle jakoś tak bez sensu. Całe szczęście, że jest telewizor, z którym możemy w miarę bezpiecznie się pobawić i - co bardzo, bardzo ważne - nie trzeba po nim rano sprzątać. Chyba że rzucimy pawia między jedną szałową piosenką a drugą, albo dziwiąc się wyczynom jednego czy drugiego pana próbującego nas rozbawić. Ach, jaki on zabawny, jaki rezolutny i... no, kochany po prostu. No! Już mu się udało.
 

Nie ma nic lepszego jak siedzącym w domu ludziom pokazać u progu nowego roku, że inni świetnie się bawią. Nic tak nie poprawia nastroju. Tia. Tośmy zaszaleli. Ha.
Ja preferuję tak zwane domówki. Kiedyś nazywało się takie spotkania przy alkoholu i innych mało wyszukanych rozrywkach prywatką, ale nie chcę się przyznawać, że jestem aż tak stary, że to pamiętam.
Ważne jednak, by taka prywatka, domówka czy jak ją tam zwał, odbywała się na tyle blisko, żeby w dowolnej chwili móc do domu wrócić w każdym przewidywalnym stanie, ale na tyle daleko, żeby nikomu ze współbiesiadników nie przyszło do głowy rzucić entuzjastycznie: „Idziemy do Wojtka!”. To chyba największa przykrość, jaka spotkać może nas u progu nowego, wiele obiecującego roku. I tego nie życzę. 
Życzę natomiast zdrowia przede wszystkim i tej odrobiny szaleństwa w głowach, które pozwala nam nie zwariować.

PS. 
Dzisiaj telewizyjnie bawią nas okolicznościowym koncertem i ekscytacją Polsat (od godz. 20:00), TVN (od godz. 19:45), TVP 2 (od godz. 19:50) i Polo TV (od godz. 20:00)

 

I jeszcze mój od lat sylwestrowo-noworoczny hymn: