Jeżeli telewidzowie bawili się tak jak zgromadzona publiczność w studiu, to długiej przyszłości programowi bym nie wróżył. Ale nie, aż tak źle przecież nie było. „To był rok!” to po prosta telewizyjna rozrywka realizowana z nadzieją na złowienie bardziej dorosłej widowni na sentyment i chwilowy powrót do świata jej młodości. O ile jednak odwołanie się do wspomnień i sentymentów uważam za słuszny w telewizji kierunek, o tyle występ Agnieszki Włodarczyk uważam za policzek wymierzony gołym pośladkiem w pamięć o Korze i jej legendzie. Pani Włodarczyk wykonała piosenkę „Boskie Buenos” z repertuaru Maanamu. I była to cholernie krzywdząca i wykoślawiająca wizerunek genialnej artystki parodia i spektakl kiczu. Już fakt, że akurat pani Agnieszce zaproponowano taki występ świadczy o braku szacunku dla wielkiej gwiazdy. Ale to jak ją wystrojono, i z jaką koszmarną weselno dancingową manierą pozwolono jej zaśpiewać, urąga przyzwoitości. To był jakiś koszmarny żenujący pokaz niestrawnego kiczu.
A jak poza tym?

 


ALE O CO CHODZI?
Formuła jest prosta. Mamy prowadzącą – Marzena Rogalska i dwie dwuosobowe drużyny. Stałymi składowymi drużyn są „kapitanowie” Anna Mucha i Antoni Królikowski, do których dobierani są jednoodcinkowi celebryci. W pierwszym odcinku do pani Muchy dołączono Marka Piekarczyka, a do pana Królikowskiego Wandę Kwietniewską. Tematem odcinka jest jeden szczególny rok z naszej niekoniecznie radosnej przeszłości. W odcinku pierwszym był to rok 1980. Wybór roku ma wpływ nie tylko na treść pytań, ale również scenografię ze szczególnym uwzględnieniem koafiur i strojów nawiązujących do epoki. I już na tym etapie śmiechom, rzecz jasna, nie było końca. Jak już uczestnicy i prowadząca nacieszą się tym pełnym żartów i radości z oceny przebrań uczestników elementem następuje kilka serii pytań. Formuły kolejnych quizowych etapów i sam podział na te etapy są tak umowne jak nieistotne. Chodzi tylko o to, żeby coś zmieniać. Cokolwiek. I żeby się pośmiać, bo przecież nic bardziej nie bawi jak wyciąganie piłeczek z worka zawieszonego na biodrach rywala. Nic. No, chyba że ktoś uzna za właściwe powiedzieć, że naszym krajowym Johnem Lennonem był... Zbigniew Wodecki. Serio, tak to sobie wymyślili. A wiecie co decydowało o takim porównaniu? Otóż obaj nosili okulary. No, pośmialiście się? To lecimy dalej.

Jednym z elementów każdego odcinka jest pojawienie się kojarzonego z rokiem-tematem gościa. Rok 1980 zaszczycił mistrz olimpijski Władysław Kozakiewicz z wspomnieniem swojego słynnego gestu wykonanego wobec nieprzychylnej mu olimpijskiej publiczności w Moskwie. Super. I to moje super jest tym razem szczere. Rzecz cała prowadzona jest do całkiem zgrabnego finału i zapowiedzi kolejnego odcinka, do którego – nie za darmo – zgodzili się przyjść pani Ania Wyszkoni i pan Michał Wiśniewski.

JAK ONI TO ROBIĄ
Scenografia stylizująca studio na typowe mieszkanie z roku 1980 i dopasowane do niego stroje lokatorów sprawdzają się świetnie. Zresztą dobre przebieranki sprawdzają się zawsze.
Ale sam format, no cóż. Oczywiście nigdy nie przestanie mnie dziwić, że TVP musi kupować takie pomysły, bo nie może podobnego wypluć z siebie. Tym razem dziwię się tym bardziej, że w bogatych archiwach TVP znajduje się m.in. sporo odcinków rozrywkowego programu „Telepeerele” prowadzonego przez członków kabaretu Elita. Formuła tego programu była bardzo podobna, bo polegała na prezentowaniu filmowych fragmentów z dawnych kronik i zadawaniu wysnutych z tych filmików pytań. Drużyny były dwie, a w nich celebryci, którzy nie tylko odpowiadali na pytania, ale w atmosferze ogólnej wesołości dzielili się anegdotami. Oczywiście program realizowano w ubogiej scenografii, w której wszystko było spinane na agrafkę, ale wystarczyłoby chyba trochę dopakować scenografię, co w świecie dzisiejszych możliwości nie byłoby aż takie drogie. I można by mieć w ramówce chociaż jeden własny format rozrywkowy. A tak – tu oczywiście mrugam okiem w kierunku wrażliwej podobno na takie ekscesy obecnej władzy – zamiast zostawiać pieniądze w kraju, transferujemy je w postaci opłat licencyjnych na konta firmy twórcy „Big Brothera”. Zresztą transferujemy tam pieniędzy coraz więcej. A jak zerkniecie na stronę firmy Talpa to zapoznacie się z telewizyjnymi formatami jakimi handlują. Zobaczycie ile z nich znacie z naszych telewizorów, i spróbować zgadnąć jakie będą następne. Cieka jestem, który z pomysłów obstawiacie. Może dacie znak w komentarzu?

NAJLEPSZE
Przyznam, że kiedy tylko rzuciłem okiem i uchem na oryginalną wersję programu, tę samą którą wstępnie zaprezentowano Jackowi Kurskiemu żeby go do kupna licencji zachęcić, powiedziałem że to wymarzone miejsce dla Marzeny Rogalskiej. Nie dlatego, że jakoś szczególnie cenię sobie jej ekspresję, ale dlatego, że ta jej ekspresja pasuje do formatu jak ulał. To musi być bezpośrednia, zdolna do niewymuszonej ekscytacji i szczerze uśmiechnięta osoba. Miło było przekonać się, że miałem rację. Jej bezpośredniość i ludyczne, niezwykle hałaśliwe zachowanie tu pasuje jak ulał. Krótko mówiąc, właściwy człowiek na właściwym miejscu.

No i oczywiście wielki plus dla odważnej decyzji, żeby nie wciągać do projektu pana Sławomira. Szacunek.

 

NAJSŁABSZE
Przyznam, że wydawało mi się, że nasi producenci poradzili już sobie z problemem dynamiki publiczności w studiu. Że potrafią zadbać o to, żeby rzeczona wyglądała i zachowywała się jeśli nie z entuzjazmem, to przynajmniej nie manifestując znudzenia. Tym razem się nie udało. Publiczność była po prostu koszmarna, a gorsze od niej były tylko dwie rzeczy: pomysł żeby piosenkę Maanamu wykonała Agnieszka Włodarczyk i wykonanie piosenki Kory przez panią Agnieszkę Włodarczyk.

 

SZANSA NA SUKCES
Jest w tym formacie wszystko, co powinno zapewnić sukces na przynajmniej kilka edycji. Są „znani i lubiani”, jest sentymentalna podróż i niemal perfekcyjna produkcja. Problemem jest jednak to, że w realizacji i zgiełku powstałym za sprawą krzyczących niemal bez przerwy uczestników ten sentyment nie wybrzmiewa. Szkoda, że w pierwszym odcinku użyte fragmenty filmowych archiwów nie wprowadzały klimatu epoki, nie dawały szansy tego poczuć i choćby westchnąć. Były takie zimne, bez historii. Tym elementem niegdysiejsze „Telepeerele” grały dużo lepiej. I to m.in. z tych powodów – oraz za sprawą zapowiedzianej obecności w drugim odcinku pana Wiśniewskiego – ja sobie przygodę z „To był rok!” daruję, ale Wam nie będę tego odradzał.

TO BYŁ ROK, TVP 1, niedziele około godz. 15:00