Dwudziesty trzeci sezon Top Gear. Bez Clarksona, Hammonda i Maya. Z nowymi prowadzącymi, odświeżony format. Jak wyszło?

Kluczowe jest podejście do kolejnej edycji show jako do zupełnie nowego programu. Jakbyśmy oglądali go po raz pierwszy. Automatyczne odnoszenie do poprzednich sezonów z miejsca skazuje nową odsłonę na porażkę. Niestety twórcy nie ułatwiają nam tego zadania, ale o tym niżej.

 

Zacznę od rzeczy, które mi się podobały. W dalszym ciągu zapierający dech w piersiach montaż. Bardzo przyjemny, mniej surowy wystrój studia. No i Matt LeBlanc potwierdzający, że był bardzo dobrym wyborem producentów jako współprowadzący. Nie wiem czy dlatego, że jest niezłym aktorem, ale widać, że czuje się w tej roli bardzo swobodnie i naturalnie. No i tyle plusów, chociaż może jeszcze będzie kilka słów o lepszych momentach. 

A teraz minusy. Chris Evans. Nie rozumiem, jak osoba z tak wkurzającym, piskliwym głosem mogła zrobić tak gigantyczną karierę w radiu. A do tego ten człowiek bez przerwy krzyczy! Pod koniec odcinka miałem już serdecznie dość tego wrzasku. Poza tym odniosłem wrażenie, że bardzo stara się wejść w buty Jeremy’ego Clarksona. Niestety nie jest Jeremym Clarksonem. Brakuje mu tego specyficznego luzu i jego nonszalancji. A jakby tego było mało to kompletnie nie czuć chemii pomiędzy nim a LeBlankiem. Bardzo słaby punkt, przynajmniej w pierwszym odcinku. O reszcie prowadzących trudno cokolwiek powiedzieć ponieważ albo nie pokazali się w ogóle, albo na kilka chwil. Oni swoje okienko mają w osobnym programie "Top Gear Extra", ale o nim następnym razem. 

Na wstępie zwróciłem uwagę na to, że producenci nie ułatwiają nam świeżego spojrzenia na nową odsłonę show. I to prawda. Ot, choćby przejazd gwiazdy w samochodzie za rozsądną cenę. Teraz to są dwie gwiazdy. A o samochodzie można powiedzieć wszystko oprócz tego, że jest za rozsądną cenę – rajdowy mini cooper. Poszerzenie toru o fragmenty offroadowe znacznie zmniejszyło dynamikę przejazdu, a co za tym idzie osiągane czasy. W ogóle odnoszę wrażenie, że w nowym Top Gear starano się na siłę udoskonalać. Wszystkiego jest ciut za dużo – jakieś drag queens, burmistrz Blackpool czytający zadania w stroju z epoki, armatnie wystrzały rozpoczynające wyścig, drużyny rugby i futbolu amerykańskiego pomagające w przeciąganiu liny. Często zadawałem sobie pytanie – po co to wszystko? I, doprawdy, nie wiedziałem co odpowiedzieć. Nadal nie wiem. Może po kolejnych odsłonach.

Podsumowując – daję szansę. Jest nowy oddech, jest świeżo ale ciut za barokowo. No i ten Chris Evans… Nie zdziwię się, jeżeli to on będzie w tej nowej odsłonie programu pierwszym elementem do wymiany. Ocena – mocna czwórka. Czekam na następny odcinek. Powiem więcej. Na następne odcinki.