Po premierze pierwszego odcinka drugiego sezonu „Big Little Lies” wiem jedno: będzie lepiej. Już jest, bo serial skręcił w kierunku jeszcze trudniejszym, ale nadal robi to z wdziękiem.

Kto nie oglądał sezonu pierwszego musi wiedzieć, że poniższa recenzja jest tegoż spoilerem. Inaczej się po prostu nie da. Zalecam obejrzenie historii od początku lub marsz w sezon drugi z otwartą głową, bo autorzy serialu i tak wszystko wyjaśnią, tudzież przypomną w otwarciu nowego sezonu

(w sobotę 08.06 powtórka 1. sezonu w formie maratonu 7 odcinków wieczorem w HBO 3, całość dostępna w HBO Go, a premiera drugiego sezonu w poniedziałek 10.06)

 

Przypomnę, że całość zaczyna się od „wyrwania chwasta”, czyli pozbawienia życia pewnego pana przez pięć szanowanych mam i żony lokalnej, amerykańskiej społeczności. Pan ów był małżonkiem jednej z nich - pięknym, bogatym i pełnym wdzięku - ale żonobijcą i żonozdrajcą niejakiej Celeste Wright (Nicole Kidman). Jako, że uwodził a nawet gwałcił jej koleżanki, rzecz skończyła się dla niego bardzo źle, bo panie się dogadały i zemstę zrealizowały po królewsku. Pamiętacie to uczucie ulgi w finale pierwszego sezonu, kiedy zły chłop poleciał z wysokiej skarpy na śmierć pewną? W drugim sezonie przypomina się nam, że to co wydawało się rozwiązaniem jedynym, ma swoje drugie dno, bo zły mąż był również całkiem fajnym oraz kochanym ojcem i synem. Poczucie winy jest więc nieobce mścicielkom z przedmieścia i coraz częściej zastępuje poczucie naprawionej krzywdy.

I wygląda na to że właśnie tym co się dzieje w paniach i ich rodzinach po zemście, będzie poświęcony sezon drugi „Wielkich kłamstewek”.

Wszystkie kobiety: wspomniana Kidman, Laura Dern, Reese Witherspoon, Shailene Woodley i Zoë Kravitz grają znów rewelacyjnie, ale przybyła dama, która kradnie im show: Meryl Streep. Przyznam, że już dawno nie widziałam jej w roli adekwatnej do jej talentu i właśnie ten moment nadszedł: matka „wyrwanego chwasta” i teściowa oraz babcia w jednym ma misję, dotarcie do prawdy o śmierci syna. Do tego ma charyzmę i autorytet, którym niełatwo będzie sprostać wszystkim mścicielkom razem, a w pojedynkę będzie to prawie niemożliwe.
Po obejrzeniu pierwszego odcinka stwierdzam, że koszmary wdowy będą się raczej nasilały, a „jaja”, żeby się starszej pani postawić, pokazuje wstępnie tylko niegdysiejsza „legalna blondynka”.

O ile pierwszemu sezonowi się to udało, to drugi już chyba nie uniknie porównań do wielkiego serialowego przeboju „Gotowe na wszystko”, w którym krew lała się często i nikt nie był taki słodki, jakim się wstępnie wydawał. Zresztą twórcy wydają tego nie ukrywać, bo i w decyzjach obsadowych nawiązują do dawnego hitu: James Tupper w „Desperate Housewifes” grał męża idealnego i tu ma szansę takim pozostać. Oba seriale osadzono na amerykańskich przedmieściach, które tylko z naszej odległości mogą sprawiać wrażenie raju na ziemi, w którym znękane dusze odnajdują spokój. Otóż drodzy widzowie, w nadmorskim miasteczku Monterey, w stanie Kalifornia, podobnie jak w swojskiej Trzebini, na rozpoczęciu roku szkolnego matki muszą budzić zazdrość innych matek, a ich figury i zmarszczki poddane są bardziej surowym ocenom, niż dzieci na geografii. I tylko ojcowie mają święty spokój. Ale też do czasu, czyli do chwili gdy któryś z nich nie spadnie ze skarpy.

 

Wielkie kłamstewka, sezon 2, PREMIERA: HBO i HBO GO w poniedziałek 10.06