Poziom ekscytacji faktem wyemitowania przez Polsat ocenzurowanej wersji "Wilka z Wall Street" trochę mnie zaskoczył. Co skutkowało m.in. tym, że w ogóle go włączyłem. Bo sam z siebie bym go nie włączył, czemu wyraz dałem oczywiście w zapowiadającym emisję Codziennym Polecaju TV. Po prostu nie lubię tego filmu. Ale włączyłem. I pewnie nie tylko ja, bo zamieszanie wokół ocenzurowania z pewnością przysporzyło w poniedziałkowy wieczór Polsatowi oglądalności.

Ale to nie Polsat ocenzurował „Wilka z Wall Street”. To kolejna opowieść o zgubnym wpływie rutyny i obiegu informacji. Żadnego spisku, żadnej afery. Banalne to takie, ale nawet zabawne.

 

Jakież to gromy posypały się na Polsat, jakież to brzydkie wyrazy i jakież to pojawiły się spiskowe teorie. Dostało się oczywiście samemu Solorzowi, który wg. któregoś z internetowych komentatorów zapobiegliwie kazał wprowadzić obyczajową cenzurę w Polsacie, żeby nie narazić sie bogobojnemu Prezesowi całej Polski. Dostało się nawet pani Gawryluk, która wg jednego z internautów (wpis dostał sporo lajków, więc chyba są tacy, którzy tę opinię podzielają) jako propisowska dziennikarka po prostu nie dopuściła do pokazywania bezeceństw na antenie, której ona daje twarz. I tak dalej, i podobnie. Generalnie, cała ta cenzura "Wilka z Wall Street" to ewidentnie wynik tzw. dobrej zmiany i uległości Polsatu wobec nowej władzy. Byli też tacy, którzy uznali, że imć Solorz pewnie finansowo już w piętkę goni, bo kupuje po taniości okrojone, zepsute filmy.

Rety, ktoś mógł tak pomyśleć naprawdę? Ktoś mógł wziąć takie teorie na poważnie?

A sprawa jest dużo prostsza i niestety dużo banalniejsza. Taka bez wielkich słów, bez podtekstów i szansy na snucie domysłów. Ot, po prostu Polsatowi dostała się wersja spreparowana na potrzeby amerykańskiej telewizji krajowej i dopasowana pod wymogi tamtejszych ograniczeń. No tak tam już jest, że sporo rzeczy, które u nas przechodzą, tam muszą być wycięte, wypikane czy wypikslowane. Dlatego, jeśli amerykanie chcą obejrzeć coś pikantniejszego, muszą zainwestować w kablówkę i dopłacić do tej przyjemności.
Ale może to być wersja nie "amerykańska", tylko przygotowana na jeden z bardziej restrykcyjnych rynków, do któregoś z krajów, w którym prawo pozwala na bardzo, bardzo mało w "tych sprawach". Mieli wysłać tam, przysłali do Polsatu. A potem? 

No właśnie, wracajmy do Polsatu. Otóż dostali w tym Polsacie taką wersję, i gdyby zorientowali się wcześniej, na tyle wcześniej, że można by było ją jeszcze zwrócić żądając prawdziwego filmu, to by to zrobili. Ale nie zauważyli, albo zauważył to ktoś na tyle mało chętny do wychylania się, że poszło jak poszło. Tu zdarzyło się po prostu to samo co w przypadku pamiętnej sprawy wyciszenia finału filmu, żeby puścić autopromocję, albo w przypadku wielu innych "fakapów", które zdarzają się raczej rzadko, ale i tak za często. Zdarzyła się RUTYNA.

Filmów, odcinków seriali, programów każda duża telewizja dostaje całą masę. Są to pakiety. Żeby móc kupić jeden duży tytuł trzeba razem z nim wziąć od dystrybutora kilka zwykłych produkcyjniaków, albo podłych sensacji czy horrorów, na których miałkość czasami narzekacie, a które - często ku zdziwieniu samego nadawcy - osiągają niezłe wyniki oglądalności. Ale teraz to nieważne. Teraz jest "Wilk z Wall Street".

Otóż każdy taki film przed zassaniem go na potężny serwer gromadzący materiały do emisji powinien być wnikliwie obejrzany celem znalezienia jakichś technicznych błędów, odpowiednich parametrów audio i wideo, czy przypadkiem na którymś etapie przekazywania go ktoś nie wgrał weń fragmentu seksu z własną sekretarką czy wspomnień z wesela ciotki Florence. Powinien. Ale kto by to wszystko oglądał!? Poza tym, od czego jest technika. Ta technika pozwala już na to, żeby parametry audio sprawdzać na "szybkim przewijaniu", a i wideo można w miarę ogarnąć na podglądzie. Zresztą jak coś będzie nie tak, to dadzą nam znać ludzie z firmy, która przygotowuje nam polską wersję, czyli wgrywa lektora, prawda?

Otóż może tak być, ale może być również tak, że pracownik takiej firmy uzna, że skoro dostał wersję z wypikanym fuckiem, to widocznie tak miało być. Bo przecież to nie jest żaden techniczny błąd, tylko wypikanie fucka. Wgrywa więc lektora, który może się nawet dziwić swojej robocie, ale co go to w sumie obchodzi? Można nawet pójść dalej i wypikać nawet lektora na wszelki wypadek. I nikt potem już tym się nie zajmuje. Zasysa się na serwer, wpisuje się w system kiedy ma iść, i już.

I tak to działa. Wystarczy jak jedna osoba "na górze" poluzuje sobie kołnierzyk i z pełnym zaufaniem - bo przecież nigdy nie było z nimi problemu, a poza tym nie ja ostatni/a miałem/am to sprawdzić przed emisją - zda się na kolejne szczeble systemu, które wykażą się zbytnim zaufaniem, albo obawą przed krytyką zwierzchnika, żeby poszedł w świat taki błąd. I potem robi się sensacja.

Pech Polsatu, ale to już zapisane jest w księdze praw Murphy'ego, polega na tym, że trafiło na TAKI FILM, którym interesowało się tak dużo osób.

Uspokajam więc. Polsat nie przystąpił do walki o czystość i niewinność myśli Polaków podczepiając się w ten sposób pod "dobrą zmianę". To taki zwyczajny, banalny, wynikający trochę z lenistwa, bardziej z rutyny i korporacyjnego obiegu informacji błąd. 

 

Komentarz Polsatu, czyli Tomasza Matwiejczuka:

Nie cenzurujemy filmów i nie dokonujemy w nich żadnych zmian, co oznacza że nie ocenzurowaliśmy filmu „Wilk z Wall Street”. Wersję filmu, którą wyemitowaliśmy otrzymaliśmy od dystrybutora, jest to wersja emitowana w innych krajach Europy. Jest to więc wersja zaakceptowana bez wątpienia przez twórców filmu i jego dystrybutora. Możemy jedynie dodać, że wersja kinowa filmu najprawdopodobniej nie mogłaby zostać wyemitowana o godzinie 20.00 ze względu na polskie przepisy prawa i regulacje Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Emisja filmu w wersji kinowej mogłaby się odbyć dopiero po godzinie 23.00, co oznacza że zakończyłaby się dopiero po godzinie 2.00 w nocy.  
Oczywiście wolelibyśmy wyemitować wersję kinową, ale nie jest to możliwe przed godziną 23.00 ze względu na obowiązujące w Polsce przepisy prawa.
Przypominam również, że często nawet w kinach wyświetlane są różne wersje filmów – co ma miejsce np. w przypadku wersji reżyserskich, które zwykle zawierają o wiele więcej materiału zdjęciowego niż wersje znane szerokiej publiczności. Co więcej, w samych Stanach Zjednoczonych dość często zdarza się, że wersja kinowa różni się od telewizyjnej. 

A zatem chodzi o to, że: 
a) dorabiamy ideolo do zaistniałej w moim opisie sytuacji. 
b) tak jak napisałem wyżej - ktoś nie dopatrzył, ktoś się nie zastanowił, a ktoś inny uznał, że skoro tak dostał, to ma tak iść. Bo nawet jeśli zamówiono wersję ocenzurowaną - a wątpię, bo NIGDY NIE ZAMAWIA SIĘ WERSJI OCENZUROWANEJ, to ktoś przeoczył to jak dalece poszła ingerencja cenzorów. Bo tak głęboka ingerencja nie była potrzebna nawet wobec wymagań naszej Krajowej Rady.

A tu taki wypikany fragment z Ameryki.