Temat imigrantów jest teraz bardzo aktualny, ale to nie jest agitacyjna próba odpowiedzi na pytanie: przyjmować imigrantów czy nie przyjmować. Błagam, nie wpisujmy tego serialu w żadne polityczne konteksty, czyli rozmowa z reżyserem Wojciechem Adamczykiem o serialu "Dziewczyny ze Lwowa" 

 

Na wieść o tym, że serial „Ranczo” ma się ku końcowi, zapanowało najpierw niedowierzanie, potem spory smutek, a jeszcze później pytanie: Co dalej? Które to pytanie odebrać można nawet jak nie przymierzając słynne już: „Panie premierze, jak żyć?”. A siłę ma jeszcze większą, bo tym jest mocniejsze, że wbrew temu co myślą o sobie politycy i inne żyjące z polityki osoby, to czy będzie „Ranczo”, i to czy serial, który spróbuje „Ranczo” zastąpić podoła temu zadaniu, jest dla wielu kwestią naprawdę bardzo ważną. Oczywiście z tym „Ranczem” to nie jest tak już zaraz, bo zobaczymy jeszcze jedną, ale już naprawdę finałową serię. Ale następca już jest, i nazywa się „Dziewczyny ze Lwowa”. A dlaczego może „Ranczo” zastąpić? Bo stoi za nim ta sama ekipa, której zawdzięczamy jeden z najlepszych seriali naszych czasów. Ta sama, ale oczywiście nie w najdrobniejszych szczegółach, bo nie jest to przeniesienie tej samej obsady w inne realia. Ale osoby najważniejsze, odpowiedzialne za specyficzny klimat, czyli scenarzysta i reżyser zostają. Może im się po prostu to „Ranczo” przejadło? – To nie jest tak, że się znudziliśmy, ale formuła się jednak w końcu wyczerpuje. To nie jest telenowela, którą można ciągnąć w nieskończoność – mówi Wojciech Adamczyk, reżyser „Rancza” i „Dziewczyn ze Lwowa”.

„Dziewczyny ze Lwowa” już na starcie nie będą miały łatwo. Od pierwszego odcinka będą musiały przekonać do siebie widzów nastawionych na konfrontację z ich ukochanym „Ranczem”. Tym bardziej, że jego promocja też będzie powoływała się na sukces poprzedniej produkcji duetu Adamczyk-Brutter. Ale ja wierzę w geniusz tej pary twórców i w ich sposób opowiadania świata. I jestem przekonany, że i tym razem im się uda.

„Dziewczyny ze Lwowa”, to serial bliższy życia, mniej zabawny, bo życie nie zawsze nas bawi. Jest o trudnych sprawach, ale podanych w taki sposób, żeby nawet sytuacje bardzo złe, dało się przed telewizorem przełknąć. Oto cztery młode Ukrainki przyjeżdżają do Warszawy w poszukiwaniu pracy i z nadzieją na lepsze życie. Są różne, więc mają różne ambicje, są bardziej lub mniej zdesperowane i oczekują od życia innych rzeczy. Przyjeżdżają więc i oczywiście podejmują pracę na czarno i za grosze, więc wynajmują wspólny pokój w zrujnowanej kamienicy od pana Henryka (to rola Mariana Dziędziela), który jak się okazuje sam też jest na bakier z prawem. W rolach młodych Ukrainek występują Anna Gorajska, Magdalena Wróbel, Katarzyna Ucherska i Anna Maria Buczek. A w pozostałych, ale też istotnych rolach m.in. Marta Lipińska, Mateusz Łasowski, Stanisław Brejdygant i Paulina Chapko. Premiera już w niedzielę.

A z reżyserem spotkaliśmy się, kiedy pilnował podkładania bardzo dobrej muzyki Krzesimira Dębskiego.

Pan wie, że ten serial będzie porównywany do „Rancza”, prawda?
WA: Oczywiście, że zdaję sobie z tego sprawę, ale to są zupełnie różne seriale. Oczywiście z zachowaniem pewnego ciepłego stosunku i sympatii do ludzi, który ma w sobie Robert Brutter, ale to jest opowieść zdecydowanie bliżej życia. I to nie zawsze tego życia, które nazywamy dobrym, czy przyjemnym. Ale porównań wolałbym unikać, bo to tak, jakby autobus porównywać z ciężarówką. Oba mogą być dobre, ale jak je porównać?

No i to nie jest komedia.
WA: No nie. W opisach jest, że to serial komediowo-obyczajowy, i będą oczywiście momenty zabawne, będzie się można zaśmiać, ale proporcje – jeśli pan chce porównań z „Ranczem” – komedii do opowieści obyczajowej są odwrotne.

- Opowieść jest całkowicie wymyślona, czy są to przypadki z życia wzięte.
WA: Najprościej byłoby powiedzieć, że są wymyślone z życia. Robert ma niesłychany dar słyszenia i widzenia świata w taki sposób, że nie musi potem tego opisywać jeden do jednego. On się różnymi zasłyszanymi historiami inspiruje, ale służą mu one jako punkt wyjścia do głębszego zastanowienia się, do napisania własnej opowieści. Więc tak, wymyślone z życia, pasuje tu najbardziej.

- Temat imigrantów jest teraz bardzo aktualny.
WA: To prawda, ale to jest jednak zbieg okoliczności. Nasze zainteresowanie tematem nie wyszło z tego hałasu, który słyszymy teraz. Jeśli do tego pan zmierza, to nie, nie jest to nasza odpowiedź na pytanie: przyjmować czy nie przyjmować imigrantów? Osoby z Ukrainy czy z innych wschodnich państw przyjeżdżają do nas od lat, i zjawisko nie jest niczym nowym. A to jest po prostu ludzka opowieść, również o nas. A może nawet przede wszystkim o nas, i o tym jacy jesteśmy i jacy potrafimy być. A potrafimy być bardzo różni. Tylko błagam, nie wpisujmy tego serialu w żadne polityczne konteksty.

- Serial jest już nakręcony, widział pan go i jest Pan zadowolony?
WA: Po pierwsze spokojnie, w całości zrealizowanych jest do teraz sześć z trzynastu odcinków. A po drugie zadał mi pan najgorsze z możliwych pytań. No bo jeśli odpowiem panu, że bardzo, to ludzie pomyślą, że jestem zapatrzonym w siebie kabotynem i zaraz zaczną doszukiwać się, że jednak nie wszystko jest dobrze. A jeśli powiem, że nie jestem zadowolony, to jak miałbym pana i pana czytelników namawiać, żeby serial oglądali? Nie będę się więc zachwycał, ale powiem, że z czystym sumieniem namawiam do oglądania. Może być?

- Może. Czy tym razem jest to zamknięta historia czy przewidujecie kolejne sezony?
WA: Serial jest skonstruowany w ten sposób, że oczywiście pewne wątki się zamkną, wyjaśnią, ale pozostanie duży potencjał i ciekawość innych. Tak się teraz realizuje seriale. To nigdy nie są tak do końca zamknięte formy. 

I jeszcze rozmowa z Wojciechem Adamczykiem o fenomenie "Rancza" i planach nowego serialu, zapis mojej audycji "Program Telewizyjny" w TOK FM