Serial zaczyna się od gry czterech chłopców w planszową batalię Dobra ze Złem. I na tym być może ujęciu zatrzymał się mężczyzna mojemu sercu bliski, który twierdzi, że ten serial to nic innego jak Scooby Doo 2. Nie był pierwszym, który rzecz zlekceważył – inny przyjaciel lat temu kilka wyrokował, że to z kolei „Fargo” dla dzieci. Otóż obaj panowie się pomylili, bowiem Stranger Thing to serial zdecydowanie dla widzów dorosłych. Kto tylko obejrzał jeden odcinek wpadł, wsiąkł i zakochał się, bo serialowe dzieło jest urokliwe, mądre i nieskończenie spójne.

 

Serial powstał w głowach braci Dufferów, którzy pozostali także scenarzystami i reżyserami całości. Dziś oglądamy trzeci sezon „Stranger Things” i panowie nadal trzymają stery, co tylko serialowi wychodzi na dobre. Nie ma tu niespójności, wątki nie uciekają, a bohaterowie nie znikają i nie wracają na plan bez powodu. Choć w Stranger Things znikania akurat jest całkiem sporo, tyle że z sensem.

No dobrze, czyli o czym jest ta historia? W 1983 roku, w małym miasteczku w stanie Indiana, chłopiec imieniem Will Byers w drodze do domu znika. Tak totalnie i prawdziwie, że pozostaje po nim tylko porzucony w lesie rower. Tak zaczyna się ok. 60 proc. kryminałów, ale jak wspomniałam serial jest wyjątkowy i choć pojawi się i szeryf, i służby specjalne i dochodzenie całe, nie o tym jest ten serial. Wraz ze zniknięciem chłopca w Hawkins zaczynają się dziać rzeczy niezwykłe, tajemnicze, groźne i złowrogie, dość powiedzieć, że po obejrzeniu pierwszego sezonu moje zaufanie do urządzenia, zwanego telefonem spadło do zera. W miasteczku pojawia się też tajemnicza dziewczynka - Jedenastka, która ma niezwykłą moc zabijania, wytresowaną przez złego faceta i ojca w jednym, z tajemniczej amerykańskiej agencji rządowej… Jeżeli pamiętacie lata 80-te, to pojęcie „zimna wojna” nie kojarzy wam się tylko z filmem Pawlikowskiego – dobrzy Amerykanie walczyli w niej o świat ze złymi Rosjanami, a wszystkie chwyty były dozwolone (w Polsce ta historia miała tylko znaczniki dobra i zła ustawione odwrotnie): eksperymenty, tajne bazy, plotki o niezwykłej broni, a wszystko to w poczuciu zagrożenia nuklearnym wybuchem. I to wszystko znów przdeżywamy, kiedy oglądamy Stranger Things.

Jednak największa moc serialu tkwi dla mnie w rodzinnych, relacjach, różnicach społecznych i absolutnej miłości, która jak wiadomo, pokonuje wszystko. Tu jednak wygrana Dobra odbywa się w niepowtarzalnym stylu – nieczęsto w amerykańskiej produkcji najlepszą z matek jest zaniedbująca domowy porządek i obiadki neurotyczna rozwódka, zwłaszcza jeżeli obok niej w bogatym domu idealna rodzina o stałych porach rozmawia kulturalnie o wszystkich problemach. Tu jednak tak jest i to właśnie depresyjna Joyce Byers (genialna Winona Ryder) ściągnie swojego syna z ciemnej strony mocy, a jeszcze wcześniej uda jej się z nim porozmawiać przy pomocy… lampek choinkowych. Bo, jak już wspomniałam, telefonu lepiej było nie odbierać.

Stranger Things to także historia dorastania – w każdym sezonie nasze dzieciaki są starsze i takie już się urodziły w głowach twórców. Zmienia się ich sposób postrzegania świata, przyjaźnie, miłości, a co każdym odcinkiem jest im coraz trudniej. Happy end ma tutaj zawsze mocny posmak cytryny.

Całość podkreślają obłędne role małoletnich aktorów, którzy już dziś są gwiazdami pierwszej wielkości, na co uczciwie zapracowali. Moim faworytem jest Gatten Matarazzo w roli Dustina Hendersona, ale konkurencja nie śpi.

Jeżeli jeszcze nie jesteście przekonani, że warto, spróbujcie doczekać do sceny, w której dorośli uratują świat przy pomocy kodu, który jest w rękach dzieciaków. A potem już nic nie będzie takie samo.

Stranger Things, (Netflix 2016, 2017, 2019). Scenariusz: Matt i Ross Dufferowie, reżyseria: Matt i Ross Dufferowie, Shavn Levy. Występują m.in.: Winona Ryder, David Harbour, Finn Wolfhard, Millie Bobby Brown, Gaten Matarazzo, Caleb McLaughlin, Natalia Dyer